HACHETTE: OCALONA W AMAZOŃSKIEJ DŻUNGLI

Co roku katastrofom z ofiarami śmiertelnymi ulegają na świecie dziesiątki samolotów. Ale niemała liczba ich pasażerów przeżywa. Czymś wyjątkowym są jednak ocalenia w przypadku upadku z dużej wysokości po rozerwaniu się samolotu w powietrzu. W Europie najsłynniejszym było ocalenie Vesny Vulivić, jugosłowiańskiej stewardesy samolotu JAT w którym 26 stycznia 1972 r. wybuchła bomba na wysokości ponad 10 km nad terytorium ówczesnej Czechosłowacji, obecnie Czech.
 
W Ameryce południowej natomiast przeżycie, jako jedynej spośród 92 pasażerów i członków załogi, 17-letniej Juliany Koepcke (Köpcke) wyrzuconej 24 grudnia 1971 r. wraz z fotelem, do którego była przypięta, z rozpadającego się na wysokości ponad 3 km nad dżunglą amazońską w Peru, samolotu Lockheed L-188 Electra peruwiańskich linii lotniczych LANSA. Wypadki te miały miejsce w odstępie niewiele ponad miesiąca, a niezwykłe ocalenia w nich po jednej osobie stały się światowymi sensacjami.
 
W przypadku pierwszego z nich, nad Amazonią, tematem niezliczonych relacji prasowych, reportaży, książek, komiksu oraz filmów, w tym głośnego dokumentalnego „Skrzydła nadziei” („Julianes Sturz in den Dshungel”) Wernera Herzoga nakręconego w 1998 r. z udziałem uratowanej Juliane, wówczas już dojrzałej kobiety – naukowca i pokazanego po raz pierwszy w 2000 r. Potrzebowała ona bowiem aż 27 lat aby pokonać powypadkową traumę i wrócić na miejsce katastrofy.
 
Oraz kolejnych 13, aby po 40 latach od wydarzenia, które stało się przełomowym w jej życiu, napisać książkę o nim oraz wcześniejszych i późniejszych losach swoich, rodziny, przyjaciół, a także amazońskich lasach deszczowych które trzeba chronić w interesie całej ludzkości. Ukazała się ona w ub. roku w oryginale niemieckim „Als ich vom Himmel fiel” w Monachium, a obecnie w przekładzie polskim „Kiedy spadłam z nieba”. Jest to książka szalenie ciekawa, wręcz fascynująca, przy czym świetnie napisana.
 
Autorka nie ogranicza się do tragicznej katastrofy w której, wraz z innymi pasażerami zginęła jej matka z którą leciała w wigilijny dzień z Limy do Pucallpy, do ojca prowadzącego badania nad fauną i ekosystemem w amazońskim lesie deszczowym. Nad rzeką Yuyapichis w dorzeczu Ukajali i Amazonki, w miejscu nazwanym przez jej rodziców Panguana, w którym stworzyli bazę naukową. Opisuje swoje dzieciństwo w Limie, gdzie urodziła się i uczyła, kontakty od najmłodszych lat z przyrodą, a później życie w dżungli wraz z rodzicami – naukowcami prowadzącymi tam badania.
 
„… chętnie zostawałam – wspomina – „dzieckiem z puszczy”, które mieszka pod jednym dachem z nietoperzami wampirami, schodzi z drogi kajmanom z Yuyapichis, przepływa przez rzekę dłubanką, starannie wytrząsa jadowite pająki z kaloszy i uważa, żeby nie nadepnąć na węża. To, czego moi rodzice nauczyli mnie w tym czasie o zachowaniu się w dziczy, później uratowało mi życie.”
 
Jej rodzice: Hans–Wilhelm Koepcke i matka Maria z domu von Mikulicz – Radecki, oboje niemieccy biolodzy interesujący się krajami o największej różnorodności biologicznej, osiedli w Peru. Ojciec, który po skończeniu studiów nie mógł znaleźć pracy w powojennej ojczyźnie, wysłał w 1947 roku listy z zapytaniem o możliwość zatrudnienia na uniwersytety w Limie w Peru i Quito w Ekwadorze. Po roku z pierwszego otrzymał odpowiedź, że może przyjeżdżać. Było to jednak niezwykle skomplikowane.
 
Niemcy nie posiadali wówczas paszportów. Wybrał się więc bez niego. A historia tej blisko 2-letniej podróży opisanej przez córkę w skrócie, mogłaby stać się tematem sensacyjnego filmu czy serialu. Nielegalne przejścia przez granice z Austrią i Włochami. Poszukiwanie w tamtejszych portach statku, który zabrałby go za ocean. Otrzymanie w Watykanie paszportu Czerwonego Krzyża, ale i aresztowanie w drodze do Neapolu i osadzenie w obozie dla internowanych. To tylko niektóre etapy tej odysei.
 
Później nielegalna podróż przez Francję i Hiszpanię, otrzymanie w Sewilli listów polecających do córki admirała mieszkającej w Limie, rejs z San Fernando za ocean „na gapę” transportowcem zakończony w więzieniu na Teneryfie. Legalne już przepłynięcie do portu Recife w Brazylii, a stamtąd miesiącami, głównie pieszo, także przez andyjskie śniegi, ze zbieraniem po drodze informacji o tamtejszej faunie, do Limy. Gdzie, po 2 latach od otrzymania wiadomości o posadzie na uniwersytecie, była ona już zajęta.
 
Trudne lata emigranta, przybycie z Niemiec przyszłej żony, praca naukowa z coraz większymi sukcesami i urodzenie się małej Juliany – to kolejne etapy życia tam rodziny autorki. Poszczególne, także tematy, przeplatają się w tej książce. Najważniejszym jest katastrofa lotnicza, opowieść autorki o jej upadku z 3 km wysokości do amazońskiej puszczy.
 
Z zapamiętanym momentem uderzenia pioruna podczas burzy w skrzydło samolotu, wyrzuceniem jej na zewnątrz, ale już bez siedzącej obok mamy i grubego pasażera, przypiętej do lotniczego fotela, a ściślej ich rzędu. To zapewne zdecydowało o uratowaniu się, gdyż prawdopodobnie kręcił się on wirowo tak jak nasiona klonu. I upadek na kępę drzew splecionych gęstą siecią lian oraz zsunięcie po nich na podłoże. Tylko ze wstrząsem mózgu, złamaniem obojczyka i dwiema ranami.
 
Ocknięcie się, poszukiwanie innych pasażerów, wreszcie decyzja, że chociaż słychać samoloty – zapewnie poszukujące szczątków samolotu, to trzeba tak jak uczył ojciec iść z biegiem strumienia, później rzeczki aż do dużej rzeki, aby spotkać ludzi. Z uszkodzeniem ścięgien nogi uznanych później przez ortopedę, jako wykluczające możliwość chodzenia, przedzierała się przez 10 dni jedząc trochę cukierków znalezionych w kieszeni lotniczego fotela i pijąc wodę z rzek.
 
Przez zwalone pnie, krzaki, natrafiając jednego dnia na spalony silnik samolotu, następnego na zwłoki kilku pasażerów. To później na podstawie jej informacji odnaleziono szczątki wszystkich ofiar rozrzucone na przestrzeni 4 km, a rzeczy i resztki samolotu prawie 15-tu. Ostatnie dni przed uratowaniem płynęła, bynajmniej nie na zbudowanej przez siebie tratwie, co później wymyślili dziennikarze, lecz wpław z nurtem rzeki Rio Shebony, bo posuwanie się jej brzegiem okazało niemożliwe.
 
Coraz bardziej przerażona, głodna, z plecami spalonymi przez słońce i raną wypełnioną dziesiątkami larw, płynęła widząc, że dzikie zwierzęta na brzegu nie są płochliwe, a ilość spotykanych kajmanów świadczy także, że nad tą rzeką nie mieszkają ludzie. Aż zauważyła łódź przy brzegu i szałas do którego zdołała się doczołgać, co ją ocaliło. Bo następnego, 11-go dnia tej podróży do życia, odnaleźli ją robotnicy leśni i odwieźli łodzią do osady, z której trafiła do szpitala i spędziła w nim miesiąc.
 
Zdrowiejąc, ale i poznając mroczne strony popularności – oblężenie przez szukających sensacji dziennikarzy i wymyślających bzdury na jej temat, bo brakowało im faktów które zainteresowałyby czytelników. Setki listów ze świata z życzeniami zdrowia, ale i „pozdrowieniami od mamy z zaświatów” z którą autorka rzekomo „nawiązała kontakt”.
 
To nieustanne obleganie dziewczyny przez dziennikarzy i ciekawskich także później, po powrocie do Limy, zmusiło jej ojca do podjęcia decyzji, że po ukończonym w Peru tuż przed katastrofą gimnazjum, dalej będzie kształcić się w Niemczech, gdzie mają krewnych. Wiele miejsca uwagi autorka poświęciła w książce reakcjom obronnym jej psychiki po wypadku i śmierci w nim matki. Z traumy wychodziła długo. Ucząc się, prowadząc badania w tej samej dziedzinie co rodzice.
 
Znaczące efekty terapeutyczne przyniosła m.in. wspomniana już praca z Wernerem Herzogiem nad jego filmem dokumentalnym, kiedy w 27 lat po wypadku po raz pierwszy poleciała na jego miejsce. A także powroty do bazy naukowej stworzonej przez jej rodziców w peruwiańskiej Amazonii oraz zabiegami o przekształcenie Panguany powiększonej o okoliczne tereny lasów deszczowych, gdyż jej mały obszar nie miałby na to szans, w rezerwat przyrody ze względu na unikalny charakter tamtejszej przyrody i systemu ekologicznego.
 
Pomógł jej w tym wielomiesięczny pobyt w tej bazie, gdzie zbierała materiały o tamtejszych motylach do pracy magisterskiej, a później półtoraroczne badania nietoperzy do dysertacji doktorskiej. Których na niewielkim wówczas, zaledwie 2 km² obszarze tej placówki naukowej, żyje 53 gatunków, podczas gdy w całej Europie 27. To również szalenie ciekawe stronice tej książki.
 
O ówczesnych spotkaniach w dżungli z rzadkimi dzikimi zwierzętami: ocelotem, tapirem, jaguarem, wyjątkowo jadowitymi żmijami itp. Fascynujące, przyciągające uwagę czytelnika są opisy pierwszych, trwających ponad tydzień różnymi środkami transportu oraz pieszo, podróży z Limy do późniejszej placówki badawczej rodziców w dżungli. Czy niewyobrażalnych dla współczesnego Europejczyka podróży lotniczych.
 
„…leciałam – czytamy w książce – bardzo dziwnym, szerokim samolotem śmigłowym o nazwie Aviocar, który mieścił mniej więcej dwadzieścia osób. Wewnątrz siedzieliśmy na drewnianych ławkach z plecami przy ścianach, a do środkowego korytarza załadowano świnie, które natychmiast, jeszcze zanim samolot ruszył, zaczęły wymiotować. Na otwarte półki pasażerowie włożyli żywe, powiązane za nogi kury. Pasów bezpieczeństwa nie było. Podczas lotu przeszedł ktoś, kto pobierał pieniądze za przelot i wciskał nam do ręki karteczkę wyrwaną z bloczku. Obok mnie siedziała kobieta, która mówiła, że woli lecieć niż płynąć łódką, bo nie umie pływać. Uznałam to za bardzo zabawną wypowiedź, bo przecież latać w końcu też nie umie, gdyby coś miało pójść nie tak. Wolałam jej nie opowiadać co mi się przydarzyło.”
 
 Łatwo mi to sobie wyobrazić, gdyż płynąłem kiedyś kilka dni w górę Amazonki stateczkiem wycieczkowym i widziałem jak załadowane są mijające nas statki wożące tubylców oraz towary. Lektura odświeżyła mi również wrażenia z Limy opisywanej przez autorkę i z innych miejsc w Peru. Podobnych, szalenie ciekawych scen, jest w tej książce wiele.
 
Kończy się ona kolejną, jedną z wielu podróży do peruwiańskiej bazy badawczej „Panguana” założonej przez jej rodziców, tym razem już 57- letniej kobiety z mężem, również naukowcem. Głównie po to, aby sfinalizować utworzenie wokół niej rezerwatu przyrody – ważnego miejsca w walce o ochronę amazońskich lasów deszczowych. Dopiero po tej podróży uznała, że powypadkową traumę ma już ostatecznie za sobą i może o tym wszystkim napisać książkę.
 
Której dodatkowym walorem są zdjęcia zarówno z archiwum rodzinnego, jak i z miejsca wypadku, tamtejszych ludzi którzy uratowali jej życie, miejscowych przyjaciół, przykładów flory i fauny itp. W sumie jest to świetna książka opisująca ciekawie prawdziwe, chociaż niezwykłe fakty i wydarzenia. Rzeczywiście niesamowite historie, zgodnie z tytułem serii w której została wydana.
 
KIEDY SPADŁAM Z NIEBA. Juliane Koepcke we współpracy z Beate Rygiert, przekład Aldona Zaniewska. Wydawnictwo Hachette Polska w serii „Niesamowite historie”, wyd. I, Warszawa 2012, str. 266.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com