MAROKO: MEDYNA MOGADORU

Z pokoju hotelu „Atlas Essaouira & SPA” mam widok na Atlantyk i majaczące w oddali w zapadającym mroku słynne Wyspy Purpurowe. To one, oraz zamykające zatokę od północnego zachodu, odległe stąd o prawie dwa kilometry stare miasto – medynę As-Sawiry, nazywanej też z francuska Essaouirą, a w przeszłości Mogadorem, chronią tutejszą piękną, łukowato wygiętą plażę, przed sztormami oceanu. Plaża jest niemal pusta nie tylko ze względu na porę doby, ale i roku, gdyż sezon turystyczny minął już dawno. Ale jest czysta i zadbana, oświetlona przez latarnie oddzielającego hotel od niej nadmorskiego bulwaru Mohammeda V.

 

 

SPOKOJNIE I BEZPIECZNIE

 

I spaceruje po niej kilka osób. Byłem tu już parokrotnie w ciągu minionych kilkunastu lat, ale zawsze tylko w dzień, przejazdem, przez kilka godzin. Teraz mam okazję zobaczyć medynę wieczorem, w nocnym oświetleniu. Królestwo Maroka jest krajem spokojnym, jak na razie bezpiecznym dla cudzoziemców i z życzliwymi dla nich mieszkańcami.

O czym miałem okazję przekonywać się zarówno w przeszłości, jak i w trakcie obecnej po nim podróży. Biorę więc aparat fotograficzny i notes, ruszam samotnie w kierunku bramy Bab Marrakesz w oświetlonych murach obronnych.

Otaczają one nieregularnym kształtem stare miasto ze wszystkich stron, zarówno od strony lądu, jak i zwłaszcza potężnymi od oceanu. Współczesna, około 85-tysięczna As-Sawira, znana również jako As-Suwajra, chociaż ta nazwa może mylić się z miastem w Iraku nazywanym identyczne, ma bowiem długą i ciekawą historię.

Już bowiem w VII w. p.n.e. swoją osadę założyli tu Fenicjanie. Dodam, że fenickie słowo Migdol, od którego zapewne wywodzi się późniejszy Mogador, znaczy Mała Twierdza. W dwa wieki później zaś faktorię handlową kartagiński wódz Hannon.

 

CENNA PURPURA

 

W I w. p.n.e. miejscowy władca z nadania Rzymu, król Juba II stworzył tu ośrodek produkcji purpury, barwnika wyjątkowo cenionego w Imperium Rzymskim. Surowcem były muszle skorupiaków wydobywanych na i obok pobliskich wyspach, nazwanych Purpurowymi – Insulae Purpurarialae, później Islas Purpurinas.

Zaś tutejszy port odgrywał w czasach antycznych, gdy należał do rzymskiej prowincji Mauretania Tingitana ze stolicą w Volubilis, znaczącą rolę w handlu między Europą i Afryką. W roku 429 n.e. osada przeżyła najazd Wandalów z północy. Tereny te opanował później, w 533 r., wschodnio rzymski wódz Belisar.

W wiekach od VII do X rządziły tu szczepy berberyjskie pod zwierzchnością arabskich Umajjadów którzy, przypomnę, władali wówczas także południem półwyspu iberyjskiego. Pod koniec XI i na początku XII w. nadszedł czas Berberów i ich dynastii Almorawidów, których zjednoczył Iusuif ibn Taszfin panujący od 1070 do 1106 r.

Założył on, jako swoją stolicę, Marrakesz, a w granicach jego państwa znalazł się też region obecnej As-Sawiry. Ale początki obecnego miasta, to już okres znacznie nam bliższy. W XV w. przyczółek handlowy i wojskowy Mogador założyli tu w XV w. Portugalczycy.

 

PORTUGALSKA CASTELLO REAL DE MOGADOR

 

Wznosząc w latach 1505-1506, pod dowództwem Diogo de Azambuja, fortecę Castello Real de Mogador oraz stocznię. Była to jedna z ważniejszych posiadłości portugalskich na atlantyckim wybrzeżu Afryki. Wkrótce jednak przeszła pod panowanie muzułmańskiego bractwa Regrara.

W tymże XVI wieku miejsce to stało się przedmiotem, nie zawsze przyjaznej, konkurencji także Hiszpanii, Anglii, Niderlandów i Francji. W dziejach miasta odegrał znaczącą rolę również sułtan Moulaj Abdelmalek dynastii Saadytów, który w roku 1628 rozpoczął rozbudowę twierdzy.

Kluczowe jednak były decyzje sułtana Sidi Muhammada Ibn Abd Allaha (Muhammada III, 1710-1790) z dynastii Alawitów. W 1765 roku rozpoczął on rozbudowę, a w rzeczywistości budowę miasta, portu – przede wszystkim dla handlu zlotem, niewolnikami i kością słoniową, oraz stoczni, które znamy współcześnie.

Projektantem i realizatorem był francuski inżynier, wcześniej jeniec, Théodore Cornut. Wzorował się na współczesnej mu europejskiej architekturze militarnej oraz planowaniu miast. Powstało miasto – twierdza otoczona wysokimi, potężnymi murami, zwłaszcza od strony oceanu. Z zachowanymi do naszych czasów trzema bramami w nich.

 

MURY, BRAMY I BASTIONY

 

Od południowego wschodu wspomniana już Bab Marrakesz – z jednym tylko łukiem wejściowym oraz Bab as-Saba, podobnie jak brama północno – wschodnia Bab Dukkala, z trzema łukami. Centralnym, najwyższym, dla przejazdu konno oraz dwoma bocznymi dla pieszych. Ponadto brama morska.

W murach znalazło się pięć bastionów, z czego dwa od strony morza. Miejski (Sqala de la Ville), z blankami (rampami) na których stały i stoją nadal dawne hiszpańskie dział. Dodam, że to w tym miejscu znajdowała się dawna portugalska twierdza Castello Real de Mogador.

Zaś w 1952 roku George Orson Welles (1915-1985) z tej platformy kręcił zdjęcia do filmu „Otello. Maur z Wenecji”, z widokiem na Atlantyk i Wyspy Purpurowe. Drugi nad atlantycki bastion nazywany jest Portowym (Sqala du Port). Pozostałe, lądowe, stoją w północno – wschodnim, wschodnio – południowym i południowym narożnikach murów.

Od południowego zachodu przylega do nich port rybacki oraz stocznia, w której budowane są nadal drewniane kutry i łodzie rybackie. Dodam, że do tutejszego portu handlowego w XVIII w. zawijało 40% wszystkich statków pływających wówczas po Atlantyku.

 

NA LIŚCIE UNESCO

 

Nazywany on był zresztą Portem Timbuktu, gdyż w nim kończyły (lub zaczynały) swoją podróż karawany z towarami z południa Sahary. Stare Miasto – medyna wewnątrz murów, wzorowane na europejskim, jest zupełnie nietypowe dla marokańskich.

Nie ma w nim, poza częścią południowo – wschodnią, takiej plątaniny uliczek i zaułków, jak np. w Marrakeszu, nie mówiąc już o innej dawnej królewskiej stolicy, Fezie. Wewnątrz mediny, która w roku 2001 wpisana została na Listę Dziedzictwa UNESCO, dodatkowe mury oddzielają dawną kasbę.

Miasto przecinają, chociaż nie tradycyjnie z południa na północ i ze wschodu na zachód, gdyż nie pozwalał na to układ terenu, lecz biegnące ukośnie szerokie, przecinające się pod kątem prostym ulice. I w większości odchodzące od nich prostopadle węższe ulice i uliczki.

Niemal w samym centrum znajduje się, składający z czterech części, suk (bazar) Jdid, na którym w artykuły spożywcze i powszechnego użytku zaopatrują się mieszkańcy. Są na nim też ciągi sklepów i stoisk z pamiątkami oraz towarami głównie dla turystów. Nie brak oczywiście Wielkiego Meczetu, stoi również Wieża Zegarowa.

 

WIELOKULTUROWE MIASTO

 

W przeszłości była tu również dzielnica żydowska mellah, gdyż Żydzi stanowili niemal połowę mieszkańców. Obecnie zaniedbana, Żydzi opuścili ją bowiem w większości po uzyskaniu przez Maroko niepodległości w 1956 r., emigrując głównie do Izraela. Jest to jednak nadal miasto wielokulturowe, wielowyznaniowe i wielonarodowościowe.

Mieszkają w nim Arabowie, Berberowie, Francuzi, Portugalczycy, Żydzi, a także Gnawa – ciemnoskórzy potomkowie niewolników sprowadzonych tu w XV w. przez Portugalczyków do pracy na plantacjach trzciny cukrowej. Na wschód od medyny leży, również europejskiego charakteru, Nowe Miasto.

Bo tutejsi mieszkańcy żyją obecnie głównie z pracy w przemyśle spożywczym, chemicznym, skórzanym oraz wytwarzając artykuły rzemieślnicze, w tym artystyczne. Na południe zaś, w pobliżu atlantyckiej zatoki, część turystyczna As-Suwary. Gdyż jest to również popularna miejscowość wypoczynkowa.

Ale tym razem celem dla mnie jest tylko Stare Miasto. Gdy wchodzę do niego wieczorem, po bokach Bramy Marrakeskiej zauważam stojące stare wojskowe moździerze na lawetach. Przy jednym z nich siedzi stara kobieta.

 

          WIECZORNY SPACER PO STARÓWCE

 

Gdy jednak kieruję w jej stronę obiektyw aparatu, zasłania twarz. Trzeba to uszanować. Po lewej stronie bramy oświetlony mur ciągnie się w kierunku najbliższego bastionu i dalej zatoki oraz portu. Po prawej do bulwaru Moulay Youssef i dalej wzdłuż niego na północ.

W medynie wchodzę na szeroką ulicę Muhammeda El Quori przecinającą Starówkę w poprzek, biegnącą obok suku aż do rue de Kuwait przy nadmorskich murach. Mijam jakąś bramę z widoczną na podwórku galerią sztuki, sklepy, restauracje i bary. Ludzi spotykam niewielu.

Chodzę, oglądam, fotografuję, starając się, z niezłym skutkiem, przypomnieć sobie miejsca znane już z dawnego dziennego zwiedzania tych miejsc. Od czasu do czasu, gdy mijam kolejny lokal, ktoś stojący na jego progu lub w pobliżu zaprasza gestem do wejścia. Nie ma jednak narzucania się, nie mówiąc już o nachalstwie znanym z niektórych innych krajów arabskich.

Chłonę zarówno widoki, jak i zapachy Orientu dochodzące z mijanych lokali gastronomicznych. Oglądam, trochę z dystansu, aby nie wdawać się w niepotrzebne „rozmowy handlowe”, gdyż nie zamierzam niczego kupować otwarte sklepy z dywanami i wieloma innymi artykułami. Włóczę się tak po medynie ponad godzinę nie spotykając żadnego człowieka o europejskim wyglądzie.

 

PIĘKNE RĘKODZIEŁO

 

Bardziej dokładne zwiedzam ją następnego dnia rano i przed południem. Jest rozleglejsza, niż ją zapamiętałem z poprzednich tu pobytów. Pod lawetą moździerza wygrzewa się w słońcu biały kotek. Chodzę ulicami, uliczkami, niekiedy skręcam w zaułki kończące się w bramach domów.

Wiele budynków jest bardzo zadbanych, niektóre przeszły niedawno remont. Zarówno mieszkańcy, jak i władze troszczą się bowiem o to, aby miasto prezentowało się jak najlepiej i przyciągało turystów. Chociaż nie brak i ruder. Mijam setki ludzi, również trochę cudzoziemców.

Oglądam wystawy i towary wystawione przed sklepami na ulicy lub eksponowane na ścianach, także murach twierdzy. Tysiące przedmiotów – nie zwracam uwagi na spożywcze, czy codziennego użytku – wykonanych z tkanin lub włókienniczych. Różnorodne nakrycia głowy, galabije i inne stroje, dywany, kilimy makaty, narzuty, poduszki itp.

W innych całe ściany zastawione lub obwieszone butami. Także tradycyjnymi arabskimi. Widzę mnóstwo pięknego rękodzieła z metalu, kamieni, drewna, skóry, ceramiki.. W paru miejscach moją uwagę przyciągają stare, przepięknie rzeźbione w drewnie drzwi i okiennice. Niejedno z naszych muzeów byłoby z nich dumne.

 

          OBFITOŚĆ ŁADNYCH PAMIĄTEK

 

Ogromny jest wybór pamiątek zarówno marokańskich, jak i afrykańskich. Zwłaszcza ozdobnej ceramiki, metalowych lamp, wyrobów skórzanych, masek, posążków. W jednej z uliczek trafiam na ogromny antykwariat – galerię sztuki z bardzo skromną witryną, za to niebywałą ilością naprawdę pięknych staroci.

Niektóre sprzed chyba paru setek lat, z gwarancjami autentyczności oraz w trochę oszołamiających cenach. Można tak spacerować i oglądać to wszystko godzinami. Nie mam żadnych problemów z fotografowaniem.

Czasami tylko jakaś kobieta daje znak, że nie życzy sobie tego.

I jeden sprzedawca w sklepie z pamiątkami, ubrany w ciekawy regionalny strój. On na podnoszony do oka aparat fotograficzny reaguje krótko: kupisz coś, to możesz fotografować. Nie kupuję. Nie spotykam się jednak, co było nagminne jeszcze kilka lat temu, a może i jest nadal gdzie indziej, z domaganiem się od fotografowanych zapłaty „za pozowanie”.

W tłumie potrafiło wyciągać się po nią do turysty z aparatem wiele rąk. Pamiętam jak na suku w którymś z miast po rozmowie z właścicielem „galerii sztuki” i autorem nieprawdopodobnie kiczowatych obrazów, sfotografowałem, za jego zgodą, zarówno „artystę” jak i parę jego „dzieł”.

 

NA MURACH I W PORCIE RYBACKIM

 

Po chwili dogonił mnie z awanturą, że mu za to nie zapłaciłem. Nie było w pobliżu policji turystycznej, która od razu przywołałby go do porządku, spieszyłem się, więc na odczepnego dałem mu kilka dirhamów. Ale to było kilka lat temu. Nie wiem, czy zmieniły się obyczaje, czy tutaj, w As-Sawirze jest inaczej.

Po obejrzeniu najważniejszych obiektów i miejsc na Starówce oraz części suku, bo na cały to chyba dnia by nie wystarczyło, wszedłem również na mury obronne od strony oceanu, obejrzałem na nich stare działa i z góry piękną panoramę Atlantyku oraz jego fale rozbijające się o skały.

Zajrzałem do trochę śmierdzącego portu rybackiego i w miejsca, w których przygotowywano złowione ryby do sprzedaży. Oblegane przez mewy i rybitwy polujące na odpadki. Port ten, z setkami kutrów oraz łodzi cumujących burta koło burty, robi wrażenie. Nie łatwo wyobrazić sobie, w jaki sposób wypływają one z niego na połowy.

Był to jeden z najbardziej udanych dni w Maroku, nie tylko podczas tej podróży. Jeszcze raz miałem okazję przekonać się, że dawny Mogador jest jednym z najładniejszych i najsympatyczniejszych marokańskich miast. Przy najbliższej okazji postaram się do niego wrócić.

 

Zdjęcia autora

 

Autor podróżował po Maroku w grupie kilkunastu polskich dziennikarzy, członków Stowarzyszenia Dziennikarzy – Podróżników „Globtroter”, zaproszonych na wyjazd studyjny przez marokańskie ministerstwo turystyki.


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com