URUGWAJ: COLONIA DEL SACRAMENTO

Kilka wieków temu grasowali tu przemytnicy. Teraz w 20-tysięcznym miasteczku najczęstszymi gośćmi są turyści, którzy zazwyczaj docierają do Colonii del Sacramento promem z Buenos Aires. Trudno uwierzyć, że nowoczesny prom mknie po rzece La Plata, a nie przez otwarte morze.

 

Nic dziwnego, La Plata ma tu szerokość kilkudziesięciu kilometrów. Podróż mija szybko, a „perełka Urugwaju”, jak nazywana jest Colonia del Sacramento, wita nas niezbyt przyjemnym widokiem. Droga z portu do miasta jest pełna kałuż po nocnym deszczu, przed nami wyrastają obskurne wieżowce.

 

 

Na szczęście krajobraz szybko się zmienia pozwalając na zapomnienie nieprzyjemnego pierwszego wrażenia.

 

Portugalczycy, Hiszpanie, Brazylijczycy...

 

Stajemy przed pomnikiem Jose Artigasa, urugwajskiego bohatera narodowego, co skłania nas do sięgnięcia do pełnej wojen, bitew i awanturniczych epizodów historii Colonii del Sacramento. Miasto założyli w 1680 roku Portugalczycy, na drugim brzegu La Platy od Buenos Aires. Od początku istnienia mnóstwo tu było przemytników i różnej maści awanturników. Jednak nie oni byli głównymi sprawcami krwawych potyczek, które dobrze pamiętają stare mury obronne, ulokowane w nich działa, kamieniczki i place.

 

Przez dziesiątki lat walczyli o prawo do Colonii i całego Urugwaju Hiszpanie i Portugalczycy. Tak więc raz najstarsze urugwajskie miasto należało do króla Hiszpanii, innym razem do władcy Portugalii. Był także czas, że Colonią władali Brazylijczycy. W końcu Urugwaj w 1828 roku ogłosił niepodległość. Założone w 1726 roku Montevideo (obecna stolica Urugwaju) powoli stawało się znacznie większym i bardziej znaczącym portem, a Colonia – sennym, małym ale bardzo urokliwym miasteczkiem.

 

Z trzech stron woda

 

Obecnie w Colonii del Sacramento żyje nieco ponad 20 tysięcy mieszkańców. Choć w środku tygodnia, o poranku trudno mi było w to uwierzyć. Gdy koło godziny dziewiątej znaleźliśmy się w zabytkowym centrum, na ulicach były całkowite pustki. Nieco więcej turystów przybyło tu koło południa. Prawdopodobnie przypłynęli na obiad i po to, by odetchnąć od uciążliwości wielomilionowego Buenos Aires.

 

Zabytkowe uliczki, a jest ich 26, tworzą szachownicę, pomiędzy polami której ulokowano kilka mniejszych i większych placów. Najpierw jednak oglądamy mury obronne, z działami i basztami, z których można oglądać „morze”. Wiem, że to rzeka, ale znowu jest mi trudno w to uwierzyć, skoro... nie widać drugiego brzegu. Zresztą woda otacza Colonię z trzech stron, bowiem miasteczko położone jest na niewielkim półwyspie.

 

Stoliki ... w starych samochodach

 

Ogromna większość domów w starej części miasta to budynki parterowe lub jednopiętrowe. Kryte czerwoną, choć już nieco wyblakniętą dachówką, pokryte często kolorową farbą zaatakowaną przez wilgoć wyglądają na zaniedbane. W niektórych nie ma okien, jedynie obdrapane otwory bez szyb i okiennic. Ale są także prawdziwe perełki: z ołtarzykami wyłożonymi płytkami ceramicznymi, które poświecono świętym patronom.

 

Otacza je bujna roślinność z przepięknie kwitnącymi, pnącymi się po ścianach krzewami. W nich ulokowane są maleńkie galerie sztuki, restauracje z kilkoma stolikami czy sklepy z pamiątkami. Wrażenie robią stare samochody, których na ulicach stoi tu naprawdę wiele. Niektóre służą jako... kwietniki, albo miniaturowe salki restauracyjne. Wewnątrz można znaleźć gotowy do przyjęcia gości stolik z lampkami do wina, serwetkami, obrusem.

 

Latarnia, muzea, kościoły

 

Niemal z każdego miejsca miasteczka widoczna jest biała wieża latarni pochodząca z XIX wieku. Za drobną opłata można wspiąć się na jej szczyt. Z góry roztacza się widok na rzekę i Colonię tonącą w zieleni. Drzewa, krzewy kwiaty rosną tu znakomicie ze względu na ciepły wilgotny klimat. Niedaleko od latarni, na centralnym placu znajdziemy zrekonstruowaną, ale tylko za pomocą drewnianych podestów i fragmentów fundamentów rezydencję.

 

Możemy też oglądać ruiny klasztoru świętego Franciszka. Na amatorów starych zbiorów czekają niewielkie muzea: płytek ceramicznych, Muzeum Hiszpańskie, czy Portugalskie. Kościół Najświętszej Marii Panny, którego budowę rozpoczęto w 1680 roku, uważa się za najstarsza świątynię w Urugwaju. Kościół trawiły pożary, kilkakrotnie go odbudowywano i przebudowywano.

 

Ziemniaki z mikrofali

 

Niektóre z uliczek nadal mają brukowaną nawierzchnię. Przy wielu rosną rzędy platanów. Drzewa tworzą naturalny tunel niezwykle przydatny, gdy ostro grzeje słońce. Takim tunelem dochodzimy do portu jachtowego, tak jak całe miasteczko spokojnego i sennego. Na drewnianym molo niewiele osób, tak więc z przyjemnością siadamy na ławce, by rozkoszować się widokiem dryfujących na wodzie łodzi.

 

Po uliczkach historycznej części Colonii można wędrować bez końca. Trzeba jednak zajrzeć i do restauracji, by skosztować urugwajskich specjałów. Wybór małych knajpek jest ogromny, a ich wystrój świadczy o artystycznej duszy restauratorów. Siadamy w jednej, której wnętrze poraża wręcz żywymi kolorami i nieco zwariowanymi malowidłami. Kucharze przygotowują posiłki na naszych oczach.

 

Zamawiamy ryby, sałatki i ziemniaki. Wszak ziemniaki pochodzą z Ameryki Południowej i tu ponoć smakują najlepiej. Jakież było nasze zdziwienie, gdy do świetnej ryby dostaliśmy piure z... mikrofali. Na szczęście urugwajskie wino sprawiło, że szybko zapomnieliśmy o ziemniaczanej kulinarnej wpadce.

 

Zdjęcia autorki.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com