|
Błażej
Torański
Na Pępku Świata
Pępek Świata jest idealnie wytoczoną kamienną
kulą, osadzoną nad brzegiem morza. Meteoryt? Współczesna
rzeźba? Wokół niego symetrycznie rozstawione cztery mniejsze
kule, na których można spocząć, jak przy biwakowym stoliku.
Wzburzone fale rozbryzgują się o skały, zacina deszcz.
30 tysięcy turystów przemierza w ciągu roku
tę ziemię, ale mało kto bez pomocy miejscowego przewodnika
trafi do Pępka Świata (Te Pito o Te Henua). A przecież
właśnie od niego bierze nazwę cała wyspa, uznawana za
najbardziej samotną na świecie. Zagubiona na Pacyfiku,
3 tysiące 700 kilometrów od kontynentalnego Chile i 4
tys. 50 km od Tahiti, nosi więcej poetyckich imion: Granica
Nieba, Wyspa Patrząca w Niebo. Polinezyjczycy zwą ją Rapa
Nui. Na świecie najczęściej kojarzą, jako Wyspę Wielkanocną
(Isla de Pascua). Dzięki holenderskiej wyprawie admirała
Jacoba Roggenvena, pierwszego Europejczyka, który wylądował
tam zaledwie na jeden dzień: Wielkiej Nocy 1722 roku.
Tubylcom, którzy nie znali metalu i żyli jakby w mrokach
epoki kamiennej, Holendrzy przywieźli podarki: nożyczki,
lusterka, sznury pereł.
Kolosy w pukao
Turyści z całego świata nie zlatują się
tam jednak samolotami Lan Chile, aby oglądać kamienną
kulę niewiadomego pochodzenia. Magię skrawka ziemi, liczącego
zaledwie 117 kilometrów kwadratowych, sławią słynne posągi
moais, rozrzucone po całej wyspie. Gigantyczne kamienne
figury dziwnych mężczyzn. Wielkoludów z wulkanicznego
tufu. Najmniejsze, ponad metrowe, ważą do dwóch ton. Olbrzymy
swym wzrostem dorównują dziesięciopiętrowym budynkom,
a wagą - trzem lokomotywom.Stoją dumni,
wyprostowani. Nadzy. W szeregu. Plecami do Pacyfiku. Ślepcy,
a jakby wpatrzeni w ląd. Niezwykle do siebie podobni.
|
 |
Tułowia pozbawione nóg. Ledwie
zarysowane ręce przywierają mocno do ciała. Dłonie splecione
na brzuchach.
Kanciaste głowy. Niskie czoła. Ostre podbródki. Puste
oczodoły. Nosy mięsiste, lekko zadarte. Nienaturalnie
wyciągnięte uszy. Wąskie, zaciśnięte usta. Wyrażają zadumę?
Arogancję? Okrucieństwo? Nieliczni mają na głowach pukao
- czerwone cylindry, podobne do młyńskich kół. Były to
rude fryzury, czy rzeźbiarska maniera?
Jest ich kilkaset. Jedne wznoszą się na
kamiennych platformach, zwanych ahu, pod którymi chowano
zmarłych. Inne wyrastają szyjami wprost z ziemi. Pozostałe
leżą, niczym obalone pomniki tyranów. Jak pozrzucane z
cokołów postaci Saddama Husajna. Twarzami do ziemi. Wyjątkowo
- na wznak. Porośnięte trawą. Z odłupanymi fragmentami
ciała. Jeden ocalał nietypowo: w pozycji klęczącej.
Bez koła i metalu
Czyje dłonie rzeźbiły w twardej jak kość
skale? Jak rodziły się kolosy w kulturze, która nie znała
dźwigów, ani nawet metalu i koła? Jak transportowano wielotonowe
rzeźby na odległość sięgającą nie raz kilkunastu kilometrów?
Czy - jak chce legenda - spacerowały same? A może za sprawą
używanej przez kapłanów magicznej siły mana?
Na wiele z tych pytań odpowiedział w książce ,Aku-Aku"
słynny żeglarz norweski Thor Heyerdahl po wyprawie archeologicznej
na przełomie 1955 i 1956 roku. W przeprowadzonym z wyspiarzami
eksperymencie udowodnił, że można przesuwać moai przy
pomocy głazów i drewnianych bali. Bez użycia dźwigów!
|