BIAŁORUŚ: KOLOROWA I GOŚCINNA

Niespełna w 7 miesięcy po grudniowej, obszernie przeze mnie zrelacjonowanej podróży drogami Białej Rusi, pojechaliśmy ponownie do naszych wschodnich sąsiadów i siabrów – przyjaciół. W gronie dziennikarsko – touroperatorskim, na zaproszenie Ministerstwa Sportu i Turystyki.

 

Tę 5 – dniową podroż studyjną współorganizowała również OST „Gromada” i szefowa w niej Działu Rozwoju Rynków Wschodnich, a zarazem białoruskiego OIT w Warszawie Swietłana Dybizbańska oraz białoruska Narodowa Organizacja Turystyczna. Program, chociaż znalazły się w nim miejsca i obiekty znane już części z nas z wcześniejszych pobytów, okazał się ciekawy, ale jak zwykle trochę męczący.

 

 

Trasa była bowiem długa, a pogoda raczej październikowa niż lipcowa. Do i z granicy: przejścia Bruzgi na trasie grodzieńskiej i Brześcia na głównym szlaku, dojechaliśmy polskimi autokarami, po tamtej stronie granicy podróżowaliśmy białoruskim.

 

Pierwszym punktem programu – o niektórych na razie tylko wspomnę, gdyż zasługują na odrębne, szersze prezentacje – była wizyta w kompleksie agroturystycznym „Grodzieński majątek „Korobczyce”. Białoruś rozwija bowiem ostatnio agroturystykę. Jak nas poinformował podczas spotkania w Mińsku – nieco więcej o nim niżej – wiceminister SiT Czesław Szulga, w kraju działa już około 1350 gospodarstw agroturystycznych, gdyż ich powstawaniu sprzyjają nowe warunki formalne i podatkowe.

 

Tyle, że pojęcie agroturystyka rozumiana jest na Białorusi, jak się okazało, trochę inaczej niż w Polsce i Europie. Kompleks „Korobczyce” nie jest bowiem, jak można by sądzić, dostosowanym do potrzeb turystycznych byłym majątkiem ziemskim, lecz zbudowanym od podstaw kilkanaście kilometrów od Grodna zespołem obiektów rozrywkowo – wypoczynkowych, bez własnej w nim bazy noclegowej.

 

Bardzo sympatycznym zresztą, dostępnym dla każdego po kupieniu biletu. Z drewnianym ostrokołem oraz przypominającym średniowiecze bramą. Kilkoma budynkami murowanymi stylizowanymi na stare, nawet z repliką starej armaty przed jednym z nich. Obszernym terenem zabaw dla dzieci. Niewielką estradą na występy.

 

Mini parkiem safari, w którym zwierzęta, głównie domowe – trochę egzotyczny jest struś i azjatycki kozioł, ale i one stanowią dla małych mieszczuchów sporą atrakcję, chodzą wolno na wyznaczonej im powierzchni. A oglądać je można ze specjalnie dostosowanych do tego pojazdów, lub pieszo. W tym „majątku” zgromadzono też kilkanaście starych karet i innych podwód konnych które można wynajmować. Jest m.in. duża szachownica nad stawem do gier planszowych. Kilka różnego przeznaczenia budynków z drewnianych bali itp.

 

Sporo także dużych drewnianych rzeźb, w których lubują się nasi sąsiedzi. No i chluba obiektu – restauracja, która uznana została za najlepszą, także pod względem kuchni, w republice. Z ładnie zaprojektowanym wnętrzem, witrażem z m.in. postacią antycznej bogini łowów Dianą, wypchanymi ptakami i zwierzętami oraz obfitym menu. Mimo środka tygodnia – byliśmy tam w czwartek wczesnym popołudniem – gości było sporo, a na parkingu przed bramą samochody dobrych marek.

 

Wskutek naszego 2-godzinnego spóźnienia na spotkanie po białoruskiej stronie granicy, gdyż okazało się, że wydostanie się z Warszawy nawet wcześnie rano, przebycie remontowanych na wielu odcinkach szos oraz „przebicie” przez Białystok zajmuje o wiele więcej czasu niż zaplanowano, program pierwszego dnia pobytu musiał ulec skróceniu.

 

W Grodnie czasu starczyło tylko na przejazd przez miasto obok najważniejszych zabytków oraz obiad w najlepszej restauracji – „Stary Lamus”, znanej części z nas z poprzednich pobytów w mieście ostatniego Sejmu I Rzeczypospolitej Obojga Narodów i Elizy Orzeszkowej.

 

Z bólem serc musieliśmy zrezygnować z 3,5 godzinnego ( bo nie ma wariantu krótszej trasy ) spływu kajakami najpierw rzeką Astaszanką od stacji wodniackiej do Kanału Augustowskiego, a następnie Kanałem do największej śluzy Niemnowo.

 

Dodam, że ta znakomita budowla wodna – dzieło polskiego inżyniera w czasach stanisławowskich, już parę lat temu została na odcinku białoruskim wyremontowana oraz służy wodniakom i turystom, a na polskim ciągle końca prac, a tym samym dostępności na całej długości, nie widać. Obejrzeliśmy więc, część grupy pojechała do niego rowerami, tylko fragment Kanału.

 

W drodze do Lidy zmieniliśmy trochę plany. Mimo opóźnienia trudno było bowiem nie zajechać będąc w pobliżu – zwłaszcza, że okazało się to tylko 10 km od naszej trasy – do Starych Wasiliszek, w których urodził się nasz piosenkarz i kompozytor Czesław Niemen – Wydrzycki. Uważany tu oczywiście za krajana, któremu powidło się w życiu.

 

W chacie, w której urodził się oraz spędził w latach 1939 – 1958 dzieciństwo i młodość, mieści się obecnie klub kultury i poświęcone mu muzeum. Nieco dalej stoi neogotycki, ceglany kościół w którym śpiewał w chórze, a naprzeciwko niego dom ciotki artysty, też Czesławy, z którą mieliśmy okazję chwilę porozmawiać.

 

W Lidzie, następnym mieście na trasie, spektakl amatorskiego zespołu teatralnego prezentującego „Wesele Jagiełły” z Sonią Olszańską na zamku lidzkim, obejrzeliśmy nie, jak zaplanowano wieczorem, lecz dopiero przed północą. Ale z pełnym programem. Powitaniem gości przez zbrojnych przed zamkiem. Wizytą w lochach, w których red. Marek Sokół dał się zakuć katu w drewniane dyby, a następnie został „wykupiony”.

 

I samą ucztą weselną z programem rozszerzonym w stosunku do tego, który oglądałem tam kilka lat wcześniej, o pojedynki rycerskie i taniec dam książęcego dworu. Gotycki zamek w Lidzie został już niemal całkowicie zrewaloryzowany.

Od czasu mojego poprzedniego w nim pobytu odbudowano drugą wieżę mieszkalną w przeciwległym końcu otoczonego potężnymi murami dziedzińca, na którym mieszkańcy miasta i okolic chronili się przed obcymi najazdami.

 

Zrekonstruowano też do pełnej wysokości mury obronne. Ale… pomimo protestów specjalistów, przedsiębiorstwo budowlane prowadzące odbudowę zamku wznosi na tym rozległym dziedzińcu podobno – w nocy niewiele widzieliśmy – budynki, których tam nigdy w przeszłości nie było. Obok zamku zbudowano duży, o dobrym standardzie, hotel „Lida”, a przed nim ustawiono brązową rzeźbę człowieka na delegacji.

 

Dzięki ogólnokrajowym dożynkom, które odbyły się tam w ub. roku, miasto wypiękniało, wiele obiektów wyremontowano oraz odmalowano barwnie i estetycznie. Podobne, korzystne zmiany widoczne są w wielu miejscowościach, także zapadłych wioskach, które znalazły się na naszej trasie. Dawną szarość zastępują pastelowe kolory, dzięki którym Białoruś staje się kolorowa.

 

O tej porze dodatkowo w soczystej zieleni, która – obok wody – jest jednym z bogactw kraju. A właśnie głęboka prowincja i znajdujące się na niej zabytki oraz ciekawe miejsca i obiekty, dominowała w przedpołudniowej części drugiego dnia tej study tour.

 

Najpierw odwiedziliśmy gospodarstwo agroturystyczne „Alba Ruthenia” – to łacińska nazwa Białej Rusi – we wsi Biskupce. Położone w pobliżu ruchliwej szosy, można w nim zjeść i wypić, odpocząć, a także przenocować. Z czego korzystają chętnie m.in. wędkarze, bo w okolicy jest gdzie łowić ryby. Jego gospodarz – Aleksander udekorował ściany oraz podwórze zbieranymi przez siebie starymi sprzętami gospodarskimi i narzędziami rolniczymi.

 

W następnej miejscowości, 7,5 - tysięcznym, wielonarodowym i wielo wyznaniowym ( Białorusini, Polacy, Tatarzy, prawosławni, katolicy, muzułmanie ) rejonowym ( powiatowym ), dobrze utrzymanym Iwiu uwagę zwracały liczne szklarnie, w których uprawia się warzywa. Z budowli zaś meczet, dwie synagogi, cerkiew, kościół św. Piotra i Pawła m.in. z polską tablicą ku czci tamtejszych żołnierzy Armii Krajowej oraz obrazem Madonny z biało – czerwoną flagą z okazji 20-lecie Diecezji Grodzieńskiej.

 

Zauważyłem też restaurację „Wersal”. Jak to chyba miło, pomyślałem, mieszkając tu, móc powiedzieć: byłem na obiedzie ( lub kolacji ) w Wersalu. Dalej były Lipniszki z neogotyckim, kamiennym kościołem z początku XX wieku oraz Gieraniony z XVII – XIX w. kościołem św. Mikołaja. Następnie Żemysławl, były, od 1807 roku, majątek Umiastowskich przy granicy z Litwą, której skrawek nad rzeczką Gaują wżyna się, jak enklawa, w terytorium Białorusi.

 

Z zaniedbanymi obecnie, ale jest już nowy właściciel, który zobowiązał się je zrewaloryzować, budynkami dworskimi, a przede wszystkim pałacem wzorowanym na Łazienkowskim w Warszawie. I kościół św. Władysława w Subotnikach, z kryptą – świetnie zachowaną nekropolią tego rodu. 

 

A potem szybko do Mińska, gdzie w MSiT czekali już na nas: wiceminister Czesław Szulga oraz przedstawiciele Białoruskiej Organizacji Turystycznej i miejscowych biur podróży zainteresowanych przyjmowaniem turystów z Polski. Szef białoruskiej turystyki poinformował nas o nowej ustawie o niej, likwidującej sporo barier w jej rozwoju.

 

M. in. dającej „zielone światło” agroturystyce, z symbolicznym podatkiem 5 € rocznie nie, jak było poprzednio, do 5 pokojów przeznaczanych na ten cel, ale do 10, z możliwością prowadzenia także mini hoteli. I to nie tylko przez osoby prywatne, ale także np. organizacje rolnicze. Z niskooprocentowanymi kredytami na ten cel itp. Usłyszeliśmy również o pomyślnie rozwijającej się współpracy białorusko – polskiej w dziedzinie turystyki, chociaż nie przekłada się to jeszcze na znaczący wzrost liczby turystów.

 

Duże znaczenie strona białoruska przywiązuje do wprowadzenia wkrótce małego, przygranicznego ruchu turystycznego. Firma Bielorustourism ( www.belarustourism.by ) przedstawiła walory turystyczne kraju oraz system rezerwacji hoteli one line. Zostaliśmy również zaopatrzeni w wydawnictwa, plany i mapy w języku polskim, rosyjskim i angielskim. Ciekawe, zwłaszcza dla uczestniczących w study tour przedstawicieli polskiej branży turystycznej, były prezentacje i propozycje programowe białoruskich firm turystycznych.

 

Po tym spotkaniu przejazd przez Mińsk obok wielu ważnych obiektów i miejsc do, tym razem odległego od centrum, hotelu na obiadokolację. A kto nie miał jeszcze dosyć tego turystycznego maratonu, czyli większość, wieczorno – nocny wypad do centrum stolicy oraz restauracji z dancingiem do bardzo późnych ( dla niektórych nawet wczesno porannych ) godzin.

 

Podobnie jak w grudniu ub. roku, i tym razem przebywaliśmy w Mińsku niepełną dobę, na zwiedzanie czasu było więc bardzo mało. Głównym punktem „stołecznego” dnia tej podróży było zapoznanie się z rozległym, nowoczesnym i bardzo udanym architektonicznie kompleksem sportowym „Mińsk – Arena”.

 

Składa się on z trzech położonych obok siebie dużych obiektów: krytego, supernowoczesnego toru kolarskiego na który przyjeżdżają na treningi zagraniczne zespoły, stadionu do jazdy szybkiej na lodzie oraz największego – Areny. Lodowiska zbudowanego pod kątem hokejowych MŚ w 2014 roku, a zarazem dużej hali koncertowo – widowiskowej.

 

Wcześniej jednak zdążyliśmy zajrzeć do dużej hali targowej na Rynku Komarowskim. Parę słów o nim oraz aktualnym zaopatrzeniu i cenach artykułów spożywczych – na końcu tej relacji. Mieliśmy też trochę czasu na spacer po mińskiej Starówce, gdzie na placu koło ratusza trafiliśmy na prezentację starych samochodów. Jednym z najbardziej obleganych i fotografowanych przez miłośników motoryzacji okazał się amerykański Ford z początku XX wieku, wypożyczony, o czym świadczyła tabliczka identyfikacyjna na jego kufrze, z St. Louis Car Museum w USA.

 

Z Mińska szybka jazda do Miru, gdzie znajduje się – jego pełna rewaloryzacja zakończyła się w grudniu ub. r. – najdalej wysunięty na wschód gotycki zamek Europy. Napiszę o nim szerzej osobno, byłem w nim bowiem już kilka razy, po raz pierwszy w 1967 roku, gdy stanowił nieźle zachowaną ruinę. Obejrzeliśmy niewielki – zaledwie 15 pokoi i apartamentów w cenach od 400 $ ( apartament prezydencki ), poprzez 170, 120 do 90$ za dobę, luksusowy, hotel zamkowy.

 

Trochę zaskoczeni zostaliśmy faktem, że nie przewidziano pokazania nam również sal muzealnych. Trzeba jednak było, po kolejnej obiadokolacji, jechać do odległego o ponad 300 km i to głównie bocznych dróg, Prypeckiego Parku Narodowego na nocleg w znanym części z nas już z ub. roku dobrego hotelu „Nad Prypecią”.

 

Bo czwarty dzień tej podróży w całości poświęcony został na Polesie. W programie znalazło się zapoznanie z infrastrukturą i obiektami turystycznymi PPN – to także odrębny temat, do którego wkrótce wrócę, udział w safari oraz rejs statkiem po Prypeci. Safari organizowane są w wydzielonym na ten cel specjalnym parku o pow. 4,8 tys. ha. Ich uczestnicy wożeni są przyczepami krytymi plandekami, z plastykowymi oknami.

 

W zależności od potrzeb doczepia się ich od 2 do 4 do traktora obudowanego jak barwna lokomotywa. Hałasuje on nieźle, ale zwierzęta już się do tego przyzwyczaiły, gdyż również traktorami dowożone jest dla nich kukurydza jako uzupełniająca karma. Przy tych karmnikach, a jest ich wiele, gromadzą się całe stada dzików, których jest w parku około 4 tysięcy. Dzięki czemu odbywają się na nie polowania przez cały rok.

 

Inaczej niż na jelenie, z populacją około 1 tys. sztuk, tylko sezonowo. Możliwość oglądania z bliska i fotografowania tych zwierząt, a także innych oraz żyjących w parku ptaków, stanowi sporą frajdę. Podobnie jak rejsy stateczkiem po Prypeci, m.in. obok prezydenckiej rezydencji. W innym miejscu nad tą rzeką byliśmy też w historycznym Turowie – pisałem o nim obszernie na początku br., tekst nadal jest do przeczytania.

 

Zacumowany tam jest – w połowie lipca ruszy w pierwszy rejs – pływający hotel zbudowany specjalnie w tym celu oraz statek – pchacz. W tym drewnianym, pięknie wyposażonym hotelu są kajuty 2-osobowe z piętrowymi łóżkami – luksusowa z podwójnym łożem – oraz łazienkami z umywalkami, prysznicami i toaletami. Wszystko oczywiście ekologiczne. Jest na statku niewielka jadalnia oraz na pokładzie kilka stolików i krzeseł.

 

Na pchaczu są 4 kajuty z 8 miejscami, ale z bardzo stromymi schodami oraz łazienkami na wyższym pokładzie. Ten pływający hotel można wynajmować na rejsy trwające do 7 dni ( później wymaga on uzupełnienia wody i oczyszczenia zbiorników ) po wszystkich dostępnych wodach wewnętrznych Białorusi. Np. po Prypeci od Pińska, przez Turów do Mozyrza. Z wyżywieniem lub bez. Hotel ten pływa tylko w dzień, w nocy cumuje. Droga nim z Turowa do Pińska trwa ok. 14 godzin.

 

Wynajmować można go już na 1-2 dni, przez minimum 8 osób. Koszt: 343 tys. rubli ( ok. 190 zł ) za dobę od osoby z wyżywieniem w kajucie lux, 298 tys. BYR ( 165 zł ) os/doba z wyżywieniem oraz 234 tys. BYR ( 130 zł ) bez wyżywienia. Można ten pływający hotel wynajmować również na imprezy z postojami, np. pieczenie szaszłyków czy łowienie ryb m.in. e-mailem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript..

 

Do Pińska – pisałem o nim niedawno również obszernie, miejsca ostatniego noclegu podczas tej podróży, dotarliśmy jednak nie wodą, lecz autokarem. Z programem krótkiego zwiedzania oraz, dla chętnych, „nocnego życia” w świąteczną ( Dzień Niepodległości ) niedzielę. Z tej, pięknej i coraz bardziej zadbanej – dobiega m.in. rewaloryzacja ostatnich już zabytkowych domów przy głównej ulicy staromiejskiej – Lenina – stolicy Polesia, był już tylko powrót do Brześcia i kraju.

 

Ze zboczeniem jednak do wsi Motal, nawiasem mówiąc, co w niej podkreśla się, rodzinnej I prezydenta Izraela Chaima Weizmana, do tamtejszego Muzeum Sztuki Ludowej. Jest to częściowo również muzeum etnograficzne. Obejrzeć w nim można bowiem zarówno stare sprzęty gospodarcze i domowe, stroje, skrzynie na dobytek itp., liczne dokumenty, książki i ilustracje, m.in. portret bardzo zasłużonej dla zagospodarowania Polesia naszej królowej Bony, jak i piękne ludowe hafty, meble wyplatane z wikliny, rzeźby w drewnie ludowych twórców itp.

 

Od dyrektorki tego muzeum dowiedzieliśmy się, że we wsi jest sowchozowa piekarnia dostarczająca pyszny chleb, duże państwowe zakłady mięsne oraz dwa nowe, niepaństwowe, produkujące znakomite wędliny. Trudno było z tego nie skorzystać i nie kupić czegoś. Za 85 dkg bochenek gorącego, smacznego ciemnego pszennego chleba zapłaciłem w wiejskim sklepie równowartość… 1,10 zł. Kilogram wędzonej i suszonej polędwicy wieprzowej lub wołowej, to wydatek około 25 zł.

 

Za 2 laski wspaniałej wieprzowej suszonej kiełbasy „Królewskiej” bez żadnych sztucznych dodatków poza przyprawami smakowymi oraz suchej wieprzowo – wołowej, zapłaciłem… 12 zł. Piszę o tym, gdyż przed wyjazdem obejrzałem, podobnie jak zapewne kilka milionów innych rodaków, w jednej z naszych prywatnych TV, puste półki z informacją o ogromnych trudnościach zaopatrzeniowych na Białorusi.

 

Była to, przykro to stwierdzić, manipulacja. Ja też, w jednym z białoruskich supersamów, widziałem kilka pustych półek… w trakcie wymieniania na nich towarów. Prawdą jest, że nasi wschodni sąsiedzi przeżywają obecnie trudny gospodarczo okres. Zarobki, które rok temu wynosiły średnio równowartość około 370 $ miesięcznie, przed wyborami prezydenckimi wzrosły do około 500 $.

 

A ostatnio, po załamaniu się i dewaluacji o ponad 90% białoruskiego rubla ( w grudniu ub. r. za 1 złotego otrzymywałem w banku ok. 1000 BYR, obecnie 1813 BYR, kurs czarnogiełdowy jest podobno jeszcze wyższy), spadły do około 300 $. Jedną z głównych przyczyn tego załamania było… wejście Białorusi do wspólnego obszaru celnego z Federacją Rosyjską i Kazachstanem. Rosjanie, producenci samochodów, narzucili zaporowe cła przywozowe.

 

Kto z Białorusinów chciał kupić przed 1 lipca br. samochód na zachodzie, potrzebował dewiz, a tych zabrakło. Prawdziwe sceny spod białoruskich banków i kantorów będących ich filiami pokazywały nasze telewizje. Oczekiwana dewaluacja krajowego pieniądza spowodowała, że każdy, kto miał jej nadmiar, starał się „uciec” w waluty, a przynajmniej kupić coś trwałego, głównie sprzęt AGD i RTV. I na krótko półki w sklepach tych branż opustoszały.

 

Wykupiono również sporo nadających się do dłuższego przechowywania artykułów spożywczych. Po dewaluacji ceny wzrosły o około – w zależności od rodzaju towaru, najbardziej importowane – 60 %. Przeciętnemu Białorusinowi żyje się więc obecnie trudniej niż jeszcze kilka miesięcy temu. Ale mówienie o brakach artykułów spożywczych, niemal „widmie głodu”, to zwykłe brednie i nieuczciwość. W trakcie tej podróży byłem, z ciekawości, na wsiach, w miasteczkach i miastach, w kilkudziesięciu sklepach spożywczych i supermarketach.

 

Na największym stołecznym bazarze – krytym Rynku Komarowskim ( zamieszczam z niego zdjęcie ), nawiasem mówiąc nie mamy w Warszawie tak wielkiej, jeżeli pominąć supermarkety, hali spożywczej i tak dobrze zaopatrzonej, od obfitości oferty mięsa i wędlin, nabiału, warzyw i owoców oraz innych artykułów spożywczych, a także ich jakości – trochę próbowałem – można dostać zawrotu głowy.

 

O cenach na chleb i wędliny kupione na wsi już pisałem. W stolicy są one tylko niewiele droższe. Relatywnie drogie są owoce, zwłaszcza importowane banany, oraz warzywa i jarzyny. Np. ładne pomidory kosztują nawet, w przeliczeniu, 5 zł/kg, co na Białorusi stanowi już liczącą się kwotę.

 

Zaopatrzenie sklepów i supermarketów w mniejszych miastach, miasteczkach i na wsiach jest nieco gorsze, ale i zapotrzebowanie na bardziej różnorodne artykuły spożywcze jest tam mniejsze. Jeżeli chodzi o ceny, to np. porcja lodów w opakowaniu kosztuje od złotówki, do nieco powyżej tej kwoty. Przejazd komunikacją miejską, to wydatek kilkudziesięciu groszy. Szokująco tanie są obecnie alkohole.

 

A Białoruś produkuje ich dużo i znakomitych. Pomijam już różnorodne, podobno doskonałe – ale nie jestem ich amatorem, wódki białe ( na pytanie o „czystą” można tu usłyszeć: a czy jest wódka brudna ? ) to w przeliczeniu od… 3-4 do 8-10 zł za pół, lub 0,7 litra. Świetne 20% likiery i „balsamy” ziołowe lub owocowe, też od 3 do 5 zł. Mocniejsze są nieco droższe.

 

Za butelkę 0,7 litra 43% nalewki „Białowieskiej”, którą znałem z wcześniejszych podroży, zapłaciłem niespełna… 8 zł. Za 0,5 litrową butelkę 5* mołdawskiego koniaku komponowanego i rozlewanego na Białorusi – 15 zł, i to na stacji benzynowej. Ale inny, też 5* koniak z tego kraju, tyle, że tam butelkowany, kosztuje już około 80 tys. BYR, tj. nieco ponad 40 zł. Zachodnie alkohole trafiają się rzadko i są jeszcze droższe.

 

Tanie i dobre jest białoruskie piwo, znacznie droższe importowane, zwłaszcza z krajów UE. Ale marże gastronomiczne na alkohole, przynajmniej w tych lokalach, w których byliśmy, są raczej symboliczne. A mimo okresu świątecznego natknąłem się tylko na jednego pijanego oraz może dwu w „stanie lekko wskazującym…”. To tylko przykłady.

 

Nigdzie nie spotkałem się z brakiem, nie tylko podstawowych artykułów spożywczych, nie widziałem żebraka. Chociaż w rozmowach ludzie mówili, że żyje im się obecnie trudniej. I jeszcze dwie obserwacje z Białorusi, którą jako–tako znam od ponad półwiecza, a w ostatnich latach bywam na niej co roku przynajmniej przez kilka dni, ale w wielu miejscach. A przedstawianej przez większość mediów u nas jako zaniedbany skansen.

 

Pierwsza, to czystość miast i ich ulic, miasteczek, wsi. Coraz bardziej zadbane, odnawiane, kolorowe – jak już wspomniałem, są domy, a także wiejskie płoty. Może jeszcze nie jest to przysłowiowa czystość chirurgiczna, ale przy białoruskiej Polska pod tym względem niejednokrotnie wydaje się zaniedbanym chlewem.

 

I druga – stan dróg. Białoruś nie ma ani kilometra autostrady z prawdziwego zdarzenia, chociaż odcinki „Olimpijki” – drogi szybkiego ruchu Brześć – Mińsk – Moskwa wybudowanej na Igrzyska Olimpijskie w tej ostatniej w 1980 roku są płatne, kwotowo zresztą raczej symbolicznie. Ale nawierzchnie większości szos – pomijam parokilometrowe odcinki wiejskich dróg, którymi jeździliśmy, są nieporównywalnie lepsze niż u nas.

 

Tyle relacji oraz parę obserwacji i uwag z tej podróży. Do niektórych, wspomnianych w niej miejsc, tak jak już napisałem, wrócę w reportażach z nich. Był to kolejny udany wyjazd „Globtrotera” na Białoruś, gdzie – co trzeba podkreślić – spotykaliśmy się na każdym kroku z sympatią i życzliwością. Natrafialiśmy też na polskie grupy turystyczne.

 

Co świadczy, że informacje, iż jest to kraj ciekawy i wart bliższego poznania, dociera coraz szerzej do świadomości naszego społeczeństwa. Bo naprawdę warto zarówno ją zwiedzać, jak i poznawać żyjących tam ludzi, ich kulturę, tradycje i obyczaje. Nic tak bowiem nie zbliża i ułatwia wzajemne zrozumienie, jak bezpośrednie kontakty.

 

Zdjęcia autora.


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com