Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników
spotkania promocyjne i relacje ze study tours stowarzyszenie dziennikarzy podróżników   
o stowarzyszeniu
podróże
Globtroter-logo
aktualności Publikacje kontakt        .://główna/podroze_Globtrotera
 

Podróże Globtrotera

 

lista wyjazdów || ostatnie wyjazdy || archiwum || wyszukiwarka || programy wyjazdów


Western City na Mazurach

Od 29 do 30 sierpnia grupa dziennikarzy Globtrotera gościła w Mrągowie. Pretekstem naszyj wizyty było otwarcie nowego,, trzygwiazdkowego hotelu w tym mieście. Hotel Anek zlokalizowany jest w samym centrum miasta, zaledwie kilka metrów od jeziora Czos.


Mrągowo przyciąga nie tylko pięknym położeniem, dziką przyrodą i muzyką country. Od niedawna, za sprawą Miasteczka Westernowego Mrongoville, można się tam przenieść w świat Dzikiego Zachodu. Mazurskie, dziś 23-tysięczne miasto swą nazwą od 1946 r. upamiętnia Krzysztofa Celestyna Mrongowiusza - pastora, pisarza i badacza gwary. Wcześniej nazywało się Ządźbork (po niemiecku Sensburg). W jego herbie widnieje łapa niedźwiedzia, a właściwie- jak głosi legenda- nader dokuczającej mieszkańcom niedźwiedzicy, która wyjadała miód bartnikom, atakowała domowe zwierzęta. Myśliwi w końcu ją zabili, a na dowód tego przynieśli burmistrzowi jej łapę, którą rajcy postanowili umieścić w herbie Mrągowa.

W Mrągowie zabytków jest niewiele: kilka kościołów, ratusz,w którym jest m.in. oddział Muzeum Warmii i Mazur, dawna wartownia - „wachta Bośniaków"  z Izbą Pamięci Ernsta Wiecherta, duży neorenesansowy gmach Starostwa Powiatowego oraz Urzędu Miasta i Gminy- przed nim stoi pomnik patrona miejscowości, urokliwe kamieniczki. Jego atutem jest za to piękne położenie pomiędzy dwoma dużymi jeziorami - Czos (mieszczanie mrągowscy w XV w. otrzymali przywilej korzystania z niego) z promenadą spacerową  i Juno, wśród pagórków i grzybnych lasów.  W mieście jest w sumie pięć jezior,m.in. Magistrackie z fontanną,  a doliczając te w najbliższym sąsiedztwie- 11. Niedaleko jest też Krutynia i Dajna, rzeki słynące przepięknymi szlakami kajakowymi.  Nic więc dziwnego, że wywodzi się stąd wielu mistrzów żeglarstwa, windsurfingu oraz bojerów, a do miasta ściągają rokrocznie  amatorzy sportów wodnych....

- Turystów gości u nas 100-120 tysięcy rocznie, głównie przyjeżdżają Niemcy, ale coraz liczniej odwiedzają nas też Holendrzy, Rosjanie i Szwedzi  - mówi Otolia Siemieniec, burmistrz Mrągowa. - Przyciąga ich piękna przyroda, którą mogą  podziwiać w rezerwatach i Mazurskim Parku Krajobrazowym,  możliwość uprawiania spacerów oraz turystyki rowerowej i konnej, a także saneczkarstwa, narciarstwa i snowboardu na Górze Czterech Wiatrów. Poza tym, od maja  co tydzień w mieście coś się dzieje: Piknik Country, Festiwal Kultury Kresowej, Mazurska Noc Kabaretowa, aż po jarmark mikołajkowy w grudniu.

Odwiedzający w sezonie Mrągowo głodni z niego nie wyjadą, bo działa tu wtedy aż 70 restauracji, m.in. „Stara Chata", mieszcząca się w budynku, w którym przed 100 laty były żydowskie zakłady szewskie i krawieckie. W hotelach, pensjonatach czy też kwaterach prywatnych jest ponad 2,5 tysiąca miejsc noclegowych, ale to ciągle za mało. Powstają więc tam nowe obiekty, m.in. niedawno otwarty został hotel „Anek" z pięknym widokiem na jezioro Czos, nad którym się wznosi. Można w nim nie tylko przenocować i zjeść, ale i skorzystać z zabiegów antystresowych, ultradźwięków borowinowych czy też masażu mazurskim miodem, pobyć na wczasach wyszczuplających. A że nie jest to moloch, chętnie goszczą w nim rodziny i to w różnym wieku. 

Ludzi w każdym wieku, pasjonujących się Dzikim Zachodem, światem Indian i kowbojów, do Mrągowa nie zwabi już jedynie muzyka. Miasto postanowiło pójść za ciosem, czyli niebywałym sukcesem odbywającego się w nim od 27 lat Pikniku Country i wybudowało na 30 hektarach Western City Mrongoville. Miasteczko, mające być odworowaniem amerykańskich z II połowy XIX w.,  powstało dzięku unijnemu wsparciu. Historię ma niedługą, bo od 4 lipca 2008 r., kiedy to w Dzień Niepodległości Stanów Zjednoczonych je otwarto, ale to dopiero początek jego nieuchronnego rozkwitu.

- Są pokazy kaskaderów na koniach oraz tańców country i indiańskich, kowboje rzucają lassem, działa saloon i Mexico Bar, jest stacja kolejowa, ratusz, wioska indiańska, szkółka jazdy konnej, cmentarz, na którym zakończyli żywot groźni bandyci - wylicza atrakcje dla turystów Rafał Drężek, marshal Mrongoville, czyli dyrektor zarządu spółki Miasteczko Westernowe. - Będzie wypożyczalnia strojów, miejsce dla poszukiwczy złota i przystań dla kanu.

Szeryf Mrongoville, wyśmienicie władający lassem i batami Janusza Hadyniak, co i rusz zamyka do aresztu bandytów próbujących złupić  bank. Listów gończych wisi tam co niemiara (umieszczenie na nim naszej twarzy  6 zł). Rewolwerowcy się popisują, więc ma co robić grabarz, przed którego domem wszyscy chcą się sfotografować w trumnie. 


Hotel ANEK zlokalizowany jest w Mrągowie , zaledwie kilka metrów od jeziora Czos. Na gości czeka 60 komfortowych pokoi, w tym 4 apartamenty i 56 dwuosobowych luksusowych pokoi gościnnych. Ponadto każdy z pokoi posiada balkon z widokiem na jezioro .Dzięki okazałej powierzchni obiektu i oryginalnym rozwiązaniom architektonicznym, każdy pokój ma całkowicie niepowtarzalną atmosferę. Hotel posiada wielofunkcyjne sale konferencyjne, które pozwalają na profesjonalną organizację konferencji oraz spotkań szkoleniowych i biznesowych, jak również f rodzinnych wakacji. Goście mogą też skorzystać z zabiegów SPA oraz wielu sportowych i relaksacyjnych ofert w okolicy. Warto zwrócić uwagę na dogodne położenie hotelu w samym centrum miasta Mrągowo , naprzeciwko Góry Czterech Wiatrów , zaledwie 2000 m od Miasteczka Westernowego Mrongoville Wszelkie informacje oraz pytania marketing@hotelanek.pl  www.hotelanek.pl

Marzenna Głuchowska

Zdjęcia: Andrzej Zarzecki

 

Dodane 24 09 08
LUBLIN – MIASTO INSPIRACJI

Kazimierz Dolny – Kozłówka – Nałęczów


            Do historycznych, bogatych w zabytki  polskich miast dbających o swój wizerunek i promocję, dołącza Lublin. Trudno w to uwierzyć, ale temat ten pojawił się w działaniach władz miejskich dopiero obecnej kadencji. Chociaż fakt, że jego nazwa nie jest wymieniana  obok Warszawy,  Krakowa, Gdańska, Wrocławia, Poznania i co najmniej  paru jeszcze naszych miast jako celów podróży turystycznych  szczególnie wartych zobaczenia i, niestety, nie kojarzyła się jako taka, dawno powinien im dawać do myślenia. Ale to już przeszłość. Od lutego do września ub. roku powstawała bowiem, a  obecnie jest  wdrażana, strategia promocji Lublina. W jej ramach zorganizowano czterodniową Media – Tour nie tylko do stolicy Lubelszczyzny, ale również do Kazimierza Dolnego, Kozłówki i Nałęczowa.

            W gronie blisko 20 zaproszonych przedstawicieli mediów wyłącznie – o tym, dlaczego – niżej – warszawskich  znaleźli się także członkowie SD-P „Globtroter”, w tym reprezentant naszego portalu. Była to – co  warto od razu podkreślić – impreza o bardzo ciekawym programie oraz dobrze zorganizowana, w czym znaczący udział miał opiekun gości Piotr Łopucki. Na co dzień kierownik biura TUI Centrum Podróży w Lublinie, zajmujący się  w ramach hobby promocją rodzinnego miasta. Znakomita, chociaż niezwykle upalna jak na początek września pogoda, pozwoliła nam  poznawać  walory i atrakcje tego przepięknego regionu kraju w optymalnych warunkach.

 

                                   Oferta dla wybranych odbiorców

                                  

            Zwiedzanie Lublina i jego pięknych okolic poprzedziło spotkanie w historycznym gmachu Trybunału Koronnego w Rynku z Michałem Krawczykiem – zastępcą dyrektora kancelarii prezydenta miasta odpowiedzialnego za promocję. Przedstawił on pięć etapów prac nad strategią promocji Lublina, jej głównymi założeniami oraz logo i hasło „Miasto inspiracji”.  W pracach nad tą strategią wykorzystano rezultaty badań potencjału Lublina, badań ilościowych i jakościowych oraz czterech konceptów wizerunku miasta pod roboczymi nazwami” „Tygiel smaków”, „Brama Wschodu”, „Polski Oxford” i „Baza wypadowa”. Koncepty te poddano konsultacjom społecznym i zorganizowano warsztaty strategiczne, co pozwoliło uwzględnić w strategii promocji to, co jest dla Lublina najważniejsze bądź charakterystyczne.

            W przypadku jego historii – a trwają już wstępne przygotowania do przypadających w 2017 roku obchodów 700-lecia nadania miastu prawa magdeburskiego – uwzględniono świetność epoki Jagiellonów, wielokulturowość i tradycje jarmarków, tolerancję religijnej wielo wyznaniowości, sztukę i literaturę renesansową oraz przedwojenna diasporę żydowską.  Uznano, że na wyjątkowość Lublina składa się bogactwo historyczne i kulturalne miasta w wersji kameralnej, potencjał kreatywny tkwiący w ludziach młodych i wykształconych  oraz – dzięki bliskości geograficznej Wschodu i specyficznej duchowości kresowej – kompetencje w sprawach „wschodnich”. I że to będą także w przyszłości mocne strony miasta oraz magnesy przyciągające do niego turystów i biznesmenów.

             Dyr. M. Krawczyk podkreślił, że ofertą 350-tysiecznego miasta, z czasowo w nim mieszkającymi ponad 80-tysiącami studentów pięciu uczelni publicznych i kilku prywatnych, ubiegającego się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku, jest przede wszystkim właśnie kultura i nauka.  W strategii promocji przyjęto, że świadomość bogactwa przeszłości powinna inspirować przyszłość kulturalną, naukową i biznesową. Miasto ma wyzwalać w ludziach zmiany i odkrywcze, twórcze myślenie. W związku z czym Lublin należy doświadczać, a nie jedynie oglądać. Służyć temu mają m.in. nowe wydarzenia kulturalne. Od ub. r. na początku czerwca organizowana jest Noc Kultury z wykorzystaniem całego potencjału kulturalnego Lublina, z kilkuset wydarzeniami artystycznymi. Inną nowością jest Festiwal Muzyczny Strefa Inne Brzmienia organizowany pod kątem ESK 2016 oraz podkreślenia roli Polski i Ukrainy w Unii Europejskiej. Także od 2007 r. w drugi weekend sierpnia organizowany jest Jarmark Jagielloński z udziałem kupców również ze Wschodu – przede wszystkim ukraińskich. Inwestorów przyciąga lubelska Specjalna Strefa Ekonomiczna.

            Promocję Lublina rozpoczęto w maju w Warszawie, drugie „uderzenie” w stolicy następuje we wrześniu. Dlaczego tylko tam?  Bo środki na promocję – około 2,5 – 2,7 mln zł. chociaż spore, są jednak ograniczone. Uznano, chyba słusznie, że z Warszawy, jako najbliżej leżącego dużego, a przy tym bogatego miasta, może przyjeżdżać najwięcej gości. Zwłaszcza, że już masowo jeżdżą do odległego od Lublina o nieco ponad 40 km Kazimierza Dolnego. Więc przy okazji może wpadną do Lublina, zobaczą, że warto, zachęcą do tego innych. Warszawa ma być też poligonem doświadczalnym promocji. W roku przyszłym objąć ma ona kilka innych dużych miast.

            Na moje pytanie, co poza imprezami artystycznymi oraz zachęcaniem młodzieży z innych regionów do studiowania właśnie w Lublinie uważane jest za główne magnesy mające przyciągać turystów usłyszałem, że właśnie samo miasto i jego klimat – taki mały Kraków lub Lwów, ale bez tłoku i tłumów gości. Którzy przyjadą zarówno po to, aby zobaczyć zabytki, jak i korzystać z kultury: pójść do teatru, uczestniczyć w wydarzeniach artystycznych z wyższej półki. Nie kierujemy naszej oferty – dodał M. Krawczyk – do masowego odbiorcy. Czekamy na tych, którym nie wystarczają np. masowe koncerty na placach wielkich miast i szukają czegoś kameralnego. Oprócz kultury, Lublin oferuje gościom również możliwości uprawiania sportów wodnych, m.in. oprócz – także wypożyczanych na miejscu łodzi i kajaków – wyciąg nart wodnych nad Zalewem Zemborzyckim, ścieżki rowerowe, trasy konne i piesze, korzystanie z basenów, w zimie zaś ze sztucznego lodowiska czy wyciągu narciarskiego obok nowoczesnej Hali Widowiskowo – Sportowej „Globus”. Dostosowanej do wystawiania również oper, np. „Traviata” Verdiego.

 

                                               Bogactwo przeszłości

            Lublin ma sporo zabytków i to wysokiej klasy, większość z których zdołaliśmy zobaczyć w ramach programu Media – Tour lub indywidualnie w czasie wolnym. Przy czym miasto proponuje turystom zwiedzanie tego, co najcenniejsze, z korzystaniem z 5 doskonale oznakowanych i opisanych szlaków o zachęcających do tego nazwach: „Wielokulturowy”, „Zabytków Architektury”, „Jagielloński Unii Lubelskiej”, „Pamięci Żydów Lubelskich” i „Znanych Lublinian”.  Nie byłem w tym mieście, poza przejazdami tranzytowymi, od lat i z wielkim uznaniem odnotowałem pozytywne w nim zmiany: liczne znakomicie odrestaurowane budowle świeckie i sakralne, zabytkowe domy, nowe obiekty i budynki mieszkalne itp. Chociaż równocześnie trudno było nie zauważyć jak wiele jeszcze innych – zwłaszcza na Starym Mieście – wymaga kosztownych remontów.

            Największe wrażenie zrobiły na mnie jednak, niedawno udostępnione zwiedzającym, freski w zamkowej kaplicy Trójcy Świętej – rewelacja na skalę co najmniej europejską. Przy czym unikatowe w skali światowej. Są to bowiem ufundowane przez Władysława Jagiełłę w gotyckiej budowli z czasów Kazimierza Wielkiego, pokrywające niemal każdy centymetr ścian i sklepień, freski bizantyjsko-ruskie. Przypomniały mi one wspaniałe bizantyjskie mozaiki w romańskich świątyniach Rawenny. Freski lubelskie malowało kilku malarzy z różnych ośrodków artystycznych. Dekorację kaplicy zakończył 10 sierpnia 1418 roku – a więc przed 590 laty! – Mistrz Andrzej. Na początku XIX w pokryto je warstwą tynku. Przypadkowo odkrył je w 1897 roku malarz Józef Smoliński.

            I od tamtej pory trwała – a właściwie trwa nadal, bo konserwatorzy pracują jeszcze  nad ostatnim fragmentem sklepienia –  z przerwami na okres wojen i braku środków, ich skomplikowane odsłanianie i konserwacja. Jej rezultaty są oszałamiające. Na sklepieniach, w prezbiterium i nawie na planie kwadratu, można podziwiać 75 scen i poszczególnych postaci. Już tylko dla zobaczenia tych fresków warto przyjechać do Lublina! Szkoda, że surowy, chyba nie przemyślany do końca – i egzekwowany w czasach telefonii komórkowej z wmontowanymi aparatami fotograficznymi – zakaz fotografowania także bez flesza utrudnia, chociażby dziennikarzom, właściwe promowanie tego wspaniałego dzieła sztuki sakralnej. Bo co innego o nim napisać, a co innego móc także pokazać. Niestety, dyrekcja Muzeum na Zamku nie oferuje w zamian chociażby własnych zdjęć lub reprodukcji.

            Budowli, obiektów i miejsc wartych w Lublinie zobaczenia jest o wiele więcej. Niepowtarzalna Brama Krakowska – wizytówka miasta – pozostałość średniowiecznych murów obronnych. Wieża Trynitarska – neogotycka, ale z możliwością podziwiania wspaniałej panoramy miasta z tego najwyższego, 40 – metrów nad ziemią – punktu widokowego, z Muzeum Archidiecezjalnym wewnątrz. Niezwykle cenna bazylika dominikanów, też fundacji Kazimierza Wielkiego, w której odśpiewano Te Deum po podpisaniu w 1569 roku Unii Lubelskiej. To tylko przykłady, gdyż sakralnych i świeckich obiektów jest więcej. Archikatedra. Kościoły: Wniebowzięcia NMP, jezuitów św. Piotra, św. Pawła – sanktuarium św. Antoniego, św. św. Piotra i Pawła, sanktuarium Matki Bożej Dobrej Rady. A wymieniam tylko najważniejsze.

            Czy największa i najbardziej prestiżowa w przeszłości szkoła rabinacka w świecie – Jeszywas Chachmej Lublin – Lubelska Szkoła Mędrców. Gmach Trybunału Koronnego, zabytkowe domy w Rynku i przy ulicach Starego Miasta, 200-metrowa Trasa Podziemna prowadząca pod Starym Miastem. A także leżące już poza miastem Państwowe Muzeum na Majdanku – były hitlerowski obóz koncentracyjny oraz Muzeum Wsi Lubelskiej w Sławinku. I niezliczone, przy słynnym deptaku – Krakowskim Przedmieściu, na Starym Mieście oraz innych ulicach Śródmieścia, spotykane co krok oryginalne i interesujące restauracje, bary, puby, kawiarnie itp. zapraszające do odwiedzin niekiedy w niebanalny sposób, np. ”Więzienie” przez żywą reklamę – młodego chłopaka w więziennym pasiaku. Chociaż nie zdołaliśmy zobaczyć wszystkiego zasługującego na to, pozostała świadomość, że warto i jest po co ponownie przyjechać do Lublina.

                                               Miejsce wypadowe

 

            Jest on zresztą również świetnym miejscem wypadowym do innych ciekawych miejscowości i miejsc w województwie. Kazimierza Dolnego reklamować chyba nie trzeba. Może nawet zasługuje on na trochę antyreklamy, przynajmniej w rodzaju: Ludzie! Warszawiacy! Nie pchajcie się tam wszyscy w każdy pogodny weekend od wiosny do jesieni! Na Lubelszczyźnie jest tyle innych miejsc wartych zobaczenia – chociażby stolica regionu. Ale Kazimierz, nie widziany, jak w moim przypadku, od chyba ćwierćwiecza, robi wrażenie. Świetnie odrestaurowane, lub w trakcie remontu, zabytki. Wiele nowych budynków. Bulwar Nadwiślański i liczne statki, łodzie i inne pływające jednostki spacerowe. W tym tak egzotyczne, jak stylizowane na Wikingów. Coraz lepsze – nawet na Górę Zamkową – chodniki. O zapleczu gastronomiczno – handlowym nie wspominając.

            Nie wymaga chyba też przesadnej reklamy jedyne na razie w Polsce prywatne uzdrowisko – Nałęczów Zdrój. Kameralne, spokojne, ze świetnym mikroklimatem, mnóstwem zieleni, niezliczonymi kuracjuszami bo – co najważniejsze – skutecznie leczące lub ułatwiające profilaktykę i rehabilitację. Podobnie piękny Zespół Pałacowo – Parkowy w Kozłówce – tamtejsze Muzeum Zamoyskich. Bocznej gałęzi sławnego rodu, w większości – w przypadku obrazów – kopiami  nie zachowanych oryginałów, z kontrowersyjnym pseudo przepychem niektórych sal, ale w sumie na tyle ciekawe i oryginalne, że wyróżnione w 2007 roku przez prezydenta RP tytułem Pomnika Historii. Byłem tam przed trzema laty, z uznaniem odnotowałem postępujące prace remontowe – chociaż trochę zostało jeszcze do zrobienia, z przyjemnością spacerowałem po parku. Kolejne świetne miejsce na krótki, najlepiej weekendowy wypad i spotkanie z historią, niekoniecznie przez duże H.

            Poza programem, z mojej inicjatywy, gdyż przeczytałem  niedawno – chyba w „Polityce”, że sławne polskie miody pitne otrzymały status produktu regionalnego w Unii Europejskiej, odwiedziliśmy ich głównego polskiego producenta – działającą od 1932 roku lubelską spółdzielnię „Apis”. Ma ona 85-87% rynku krajowego. Część produkcji  miodów –  około 5-6%  eksportuje m.in. do Chin, Japonii, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Belgii, Holandii i do Skandynawii.  28 lipca br. Komisja Europejska przyznała tym miodom, jako jednemu z nielicznych alkoholi, status produktu regionalnego. Co, oczywiście, zwiększy nim zainteresowanie także poza granicami kraju. Z tym, że w ten sposób mogą być oznaczane dopiero miody, których produkcja rozpoczęła się po tej dacie. A to w przypadku najszlachetniejszego – „Półtoraków”, produkowanych z miodu w proporcji 2/3 i 1/3 wody w dwu gatunkach: „Lubelski” z dodatkiem owoców runa leśnego i „Jadwiga”  owoców maliny i dzikiej róży, oznacza, wraz z okresem leżakowania, gdy osiągnie moc 16% , około 6 lat.

            W przypadku „Dwójniaków” ( 1:1 miód i woda ) gatunków jest pięć: „Kurpiowski” z dodatkiem soku z czarnej porzeczki, „Dominikański” z sokiem wieloowocowym, „Verbum Nobile!” z dodatkiem kompozycji przypraw, „Piastun” z sokiem żurawinowym oraz „Staropolski” z malinami i przyprawami. Każdy przeważnie w różnych opakowaniach. Moc też 16%, leżakowanie  co najmniej 5 lat. Rodzajów lekkich ( 13% alkoholu ) i aromatycznych, najpopularniejszych „Trójniaków” – 1/3 miodu i 2/3 wody – jest sześć: „Piastowski”, „Apis”, „Bernardyński”, „Podczaszy”, „Stolnik” i „Piastun”. Zaś „Czwórniak” ( ¼ miodu, 11% alkoholu ) tylko jeden – „Korzenny”. Można je pić bez dodatków na zimno lub gorąco, a także jako dodatek do koktajli – co w przypadku tych najszlachetniejszych uważam za barbarzyństwo. O ponad tysiącletniej tradycji produkcji miodów pitnych w Polsce i ich współczesnych wariantach opowiedział nam Andrzej Litwińczuk – specjalista ds. handlu i marketingu. Obejrzeliśmy piwnice ze stalowymi zbiornikami w których miody leżakują oraz supernowoczesną ich rozlewnię. Degustowaliśmy również po łyczku słynny „półtorak”.

            Media Tour to oczywiście nie tylko zwiedzanie, ale także zakwaterowanie i wyżywienie. Mieszkaliśmy w 4* „Grad Hotel Lublinianka” na Krakowskim Przedmieściu, obejrzeliśmy też jego konkurenta przy tej samej ulicy, po drugiej stronie Placu Litewskiego, też 4* hotel „Europa”. Oba niedawno zmodernizowane i odnowione. Jedliśmy w tych hotelach oraz w restauracjach „Magia”, „Orient Express” i „Johnny’s Pub” w Lublinie oraz Sarzyńskich w Kazimierzu Dolnym. Mnie najbardziej smakowały dania w tej ostatniej oraz w „Europie”, ale i pozostałe pozostawiły dobre wspomnienia. Podobnie jak cały wyjazd, który pozwolił uprzytomnić sobie jak wiele interesującego jest do zobaczenia i przeżycia w Lublinie i na Lubelszczyźnie. Sądzę, że mądrze prowadzona promocja – nie tylko turystyczna – tego miasta i województwa, gdyż i Urząd Marszałkowski ma własny program w paru punktach zbieżny z miejskim, przyczyni się do większego zainteresowania tym regionem Polski. Naprawdę warto!


Cezary Rudziński

Zdjęcia autora.

           

Dodane 10 09 08
1600 KILOMETRÓW DROGAMI BIAŁORUSI

Puszcza Białowieska – Kamieniec – Baranowicze – Nieśwież – Mińsk – Smolany – Witebsk – Orsza – Mohylew – Pińsk – Kobryń

 

 

            Była to chyba najdłuższa w tak krótkim czasie – w 4 dni ponad 1600 km drogami Białorusi, ze zwiedzaniem najważniejszych miejsc i obiektów – z lądowych podróży poznawczych „globtroterowców”. Męcząca, także ze względu na obfitość posiłków serwowanych przez gościnnych gospodarzy, ale szalenie ciekawa i pouczająca. Zwłaszcza ci spośród nas, którzy podróżowali do naszych wschodnich sąsiadów po raz pierwszy lub po długiej przerwie, zobaczyli kraj bardzo różniący się od najczęściej prezentowanego w polskich mediach. Otrzymaliśmy solidną dawkę informacji i obserwacji z pierwszej ręki oraz przeżyć i wrażeń pozwalających podzielić się nimi z czytelnikami, słuchaczami i telewidzami. Wróciliśmy nie tylko zadowoleni, a ci, którzy nie wiedzieli tego kraju wcześniej, także przekonani, że warto poznawać Białoruś – jej przyrodę, krajobrazy, zabytki, kulturę i ludzi oraz namawiać do tego innych.

           

                                   Zaczęło się w białowieskiej „Żubrówce”

 

            Pomysł zorganizowania tej podróży studyjnej powstał w lutym br. w trakcie naszego wyjazdu – pisałem o nim obszernie na tych łamach – do hotelu „Żubrówka” w Białowieży. Gościł tam równocześnie, znany kilkorgu z nas osobiście, J.E. Ambasador Republiki Białoruś w Polsce Paweł Łatuszka. I w trakcie rozmowy przy kolacji zaproponował, aby zorganizować dla dziennikarzy turystycznych – członków naszego stowarzyszenia, podróż studyjną po jego ojczyźnie. Ponieważ część z nas znała już z wcześniejszych wyjazdów grodzieńszczyznę, obwód brzeski, szlak mickiewiczowski i inne miejsca na zachodzie kraju związane ze wspólnymi dziejami naszych narodów, a zarazem znajdujące się w ofertach biur podróży, zaproponowałem, aby tym razem trasa była inna. Pozwalająca nam zobaczyć – i przedstawić oraz zaproponować naszym czytelnikom oraz słuchaczom, coś nowego.

            Ambasador akceptował ten pomysł i wyznaczył do jego realizacji I sekretarza – rzecznika prasowego ambasady Dmitrija Wybornego oraz konsula Eduarda Shvaiko. Przygotowałem, w uzgodnieniu z prezesem SD-P „Globtroter” Sławkiem Bawarskim, projekt trasy znacznie „na wyrost”. Spotkaliśmy się w ambasadzie, gdzie przyjęty on został z uznaniem i … zaczęło się dosyć długie oczekiwanie na ustalenie terminu, liczby uczestników oraz ostatecznego programu tej study tour. Problem polegał na tym, że w przypadku naszych wcześniejszych wyjazdów studyjnych na Białoruś, ich organizatorami na miejscu były władze obwodów, do których jechaliśmy lub sama ambasada. Tym razem mieliśmy jechać do lub przez wszystkie sześć obwodów, a nocować w trzech.

            Ponadto każdy dziennikarz zagraniczny wjeżdżający do tego kraju nawet turystycznie, musi uzyskać najpierw akredytację białoruskiego MSZ w Mińsku, co zajmuje około 2 tygodni. Z naszego punktu widzenia zbędną. Nie wybieraliśmy się bowiem aby wykonywać normalną, codzienną pracę dziennikarską czy obsługiwać jakąś dużą imprezę, ale zbierać na wcześniej ustalonej trasie, pod opieką przedstawiciela gospodarzy, materiały na temat walorów turystycznych i kulturalnych kraju oraz wrażenia z niego. Dodam, że już parokrotnie wyjeżdżałem w ostatnich latach – podobnie jak inni dziennikarze turystyczni – na Białoruś po uzyskaniu karty akredytacyjnej, ale nikt nigdy nie żądał tam jej okazania.

            Po ustaleniu, że nasz wyjazd zorganizuje „Centre Kurot” z Mińska, który wygrał właśnie przetarg na obsługę podróży studyjnych po Białorusi zagranicznych dziennikarzy i touroperatorów, otrzymaniu ostatecznego programu generalnie pokrywającego się z naszymi sugestiami, akredytacji i bezpłatnych wiz, mogliśmy rozpocząć tę podróż.

                                Pieszo przez granicę w Puszczy Białowieskiej

 

            W naszej grupie znalazło się 16 dziennikarzy – „globtroterowców”, jeden telewizyjny, dołączony do nas przez ambasadę białoruską w Warszawie i 3 przedstawicieli zaprzyjaźnionych z nami biur podróży zajmujących się organizowaniem wyjazdów na po radziecki  Wschód: „Anas” z Lublina oraz „Bezkresy” i „Ultra Maria” z Warszawy. Ponieważ zgodnie z ustaleniami granicę polsko – białoruską mieliśmy przekroczyć przez nowe, „schengenowskie” przejście wyłącznie dla ruchu pieszego w Puszczy Białowieskiej rano, gościny na poprzedzającą noc udzielił nam hotel Best Westin „Żubrówka” w Białowieży. Pozwoliło to na pozostawienie na jego parkingu samochodów osobowych, którymi przyjechaliśmy i dojazd do oddalonego o 4 km przejścia granicznego wynajętym mikrobusem. Przejście graniczne Białowieża – Pierierow na razie wykorzystywane jest w niewielkim stopniu. Wpływ na to mają przede wszystkim utrudnienia dla obywateli Białorusi w uzyskiwaniu wiz schengenowskich w polskich konsulatach, ale także niedostateczne spopularyzowanie możliwości poznawania białoruskiej części Puszczy Białowieskiej i jej okolic przez turystów z Polski.

            Odprawa paszportowa i celna polska oraz białoruska – służby obu krajów mieszczą się w jednym budynku wybudowanym po stronie polskiej za środki UE – przebiegła bardzo sprawnie. Chwilę zajęło otwarcie bramy po stronie białoruskiej oraz pokonanie przez nas z bagażami zabronowanego pasa ziemi, za którym czekała na nas opiekunka i przewodniczka na całej trasie, Ludmiła Kostiukowicz z Mińska oraz przedstawicielka Muzeum Puszczy Białowieskiej. Z parominutowym „poślizgiem” w stosunku do programu rozpoczęliśmy jego realizację od wielkiej atrakcji, zwłaszcza dla dzieci, jaką jest wizyta w Gospodarstwie Dziadka Mroza, czyli naszego Świętego Mikołaja. Powstało ono przed 4 laty i zajmuje prawie 15 ha polany w puszczy. Wchodzi się do niego przez wielką drewnianą bramę „pilnowaną” przez postacie z legend. Odwiedzili je już goście z 70 krajów świata, a w zimie bywa w nim do 8 tys. zwiedzających dziennie. Wewnątrz znajduje się siedziba gospodarza, który w czerwonym płaszczu z kapturem i – oczywiście – białą brodą oraz wąsami wita gości, przeważnie w towarzystwie Snieguroczki – Śnieżynki i fotografuje się z nimi. Niestety, Śnieżynki w naszym przypadku zabrakło, mamy więc pretekst aby pojechać tam znowu.

            Gospodarstwo, na terenie którego rosną również stare drzewa, m.in. ponad 350-letnia sosna o średnicy ponad 1,2 metra, wypełniają drewniane rzeźby postaci z bajek, wszystkich miesięcy roku z białoruskimi ich nazwami, zwierząt itp. Są również dwa drewniane budynki „Skarbców”, w których gromadzone są tysiące listów nadchodzących od dzieci, niezliczone ich rysunki, a także stare, zabytkowe sprzęty domowe i gospodarcze z regionu puszczy. Jest młyn, który „mieli troski i kłopoty”, wysoki świerk pełniący przez cały rok rolę noworocznej choinki, z obowiązkowymi tańcami wokół niego oraz inne atrakcje. Zwiedziliśmy również, znane już części z nas, istniejące od 1960 roku Muzeum Puszczy Białowieskiej. Dysponuje ono wieloma ciekawymi eksponatami, na czele z wypchanym żubrem „Puginałem” przywiezionym z Polski, wraz z dwiema żubrzycami, w 1946 roku – protoplastą wszystkich białoruskich żubrów. Jest ono jednak mniej ciekawe, niż nowe Muzeum Puszczy w Białowieży. W budowie znajduje się nowe muzeum, które ma zostać otwarte pod koniec 2009 roku.

 

                                               Losy zabytków

 

            Po doskonałym obiedzie, z daniami kuchni regionalnej w restauracji „Puszcza Białowieska”, oczywiście w puszczy, kontynuowaliśmy 4-dniowy, poznawczy maraton. Za oknami autokaru przesuwała się soczysta, również dzięki niedawnym opadom, przyroda. Złociste rozległe pola kołchozów i sowchozów – na niektórych rozpoczęte, a niekiedy nawet już kończone żniwa. I zbieraliśmy pierwsze wrażenia. Wszechobecna czystość i porządek, do którego nie jesteśmy, niestety, w Polsce przyzwyczajeni. Szosy, drogi i ulice przeważnie z lepszą niż u nas nawierzchnią, chociaż prawdziwych autostrad na Białorusi jeszcze nie ma. Sporo odcinków w trakcie remontu. Zadbane wioski i obejścia. Brak walających się niedopałków, plastikowych opakowań i innych śmieci. Krótki postój w Kamieńcu założonym przez księcia halicko – włodzimierskiego Włodzimierza Filozofa z jego pomnikiem z żubrem. I największą atrakcją, która ma wkrótce zostać wpisana na Listę Dziedzictwa UNESCO: ceglaną wieżą obronną z XIII w. zwaną „Białą Wieżą”, chociaż nigdy nie była w takim kolorze. Na placu koło niej liczne drewniane rzeźby. Obejrzeliśmy, niestety tylko z zewnątrz, również drugą wartą uwagi budowlę: biały Sobór Pokrowski.

            W Baranowiczach krótkie oglądanie miasta z okien autokaru oraz  dokładniejsze Soboru Pokrowskiego z końca XIX i XX wieku. Słynnego z mozaik i fresków przeniesionych do niego w 1924 roku z burzonego w Warszawie soboru Aleksandra Newskiego. Tamta rozbiórka największej prawosławnej świątyni w Polsce ciągle jeszcze budzi emocje w środowiskach prawosławnych. Była on rzeczywiście ogromna – zajmowała niemal cały ówczesny Plac Saski, obecnie Józefa Piłsudskiego i w swoim bizantyjskim stylu piękna. Tyle, że pasowała do warszawskiej architektury jak przysłowiowa pięść do nosa. A zbudowano ją na początku XX wieku dla uczczenia 300–lecia dynastii Romanowów i podkreślenia, że Polska „na zawsze” podporządkowana została Rosji. Przy czym, jak gdyby tego było mało, dodatkowo pod prowokacyjnym wezwaniem: św. Aleksandra Newskiego. Kanonizowanego za zasługi dla prawosławia księcia nowogrodzkiego, później także kijowskiego i włodzimiersko – suzdalskiego, który pokonał Szwedów oraz rycerzy zakonu inflanckiego, a następnie uznał zwierzchność Mongołów nad Rusią i został ich lennikiem.

            Jednym z najważniejszych punktów naszego programu była wizyta w Nieświeżu, dawnej siedzibie rodu Radziwiłłów, wpisanej w 2005 roku na Listę Dziedzictwa UNESCO. To kolejny temat do szerszego zaprezentowania. Wspomnę więc tylko, że kompleks zamkowo – pałacowy z roku 1583 od kilku lat jest restaurowany pod patronatem prezydenta Aleksandra Łukaszenki. W kwietniu br. oddano do użytku dwie galerie – znajdzie się w nich ekspozycja pasów słuckich, starodruków oraz sreber ze zbiorów Muzeum Narodowego w Mińsku i pałacową kaplicę. Na ścianach obok głównej bramy uwagę przyciągają nowiutkie, wykute w kamieniu tablice z latami zbudowania tego zespołu oraz zakończenia jego restauracji: 2010, a więc z ponad 2-letnim  wyprzedzeniem (!!!). Gdy ogląda się stan sporej części zespołu tych budowli, z których jedna nawet zawaliła się, trudno uwierzyć w dotrzymanie tego terminu. Mimo, iż jak nas zapewniono, jest to najbardziej prestiżowa rewaloryzacja zabytku, których w kolejce czeka jeszcze 115.

            Na mnie spore wrażenie zrobiła kuta brama do parku, w którym na wyspie znajduje się ten kompleks architektoniczny. Z wielkimi pięknymi polskimi orłami, z herbami Radziwiłłów na piersiach. Z wielkim uznaniem trzeba podkreślić, że Białorusini i władze kraju nie tylko nie fałszują historii, jak zdarza się to niekiedy innym naszym sąsiadom, lecz wręcz podkreślają wielokulturowość i wielo wyznaniowość swoich korzeni. Na każdym kroku spotkać można obiekty i pamiątki po sławnych Polakach, Żydach, Litwinach czy Rosjanach – z tablicami informacyjnymi w przynajmniej dwu językach, w tym kraju, którego osoba bądź obiekt dotyczy. Chociaż niekiedy drażnić może uważanie za Białorusinów – przynajmniej rozumianych jako krajanie – wszystkich urodzonych na ziemiach białoruskich w ich obecnych granicach.

            W przypadku Polaków przykładowo: Adama Mickiewicza, Tadeusza Kościuszkę, Stanisława Moniuszkę, o takich jak np. Władysław Syrokomla ( Ludwik Kondratowicz ) czy Napoleon Orda i dziesiątkach innych nie wspominając. Ale nam nie powinno przeszkadzać, że zaliczani są oni – i otaczani czcią – do dziedzictwa kulturalnego i historycznego młodego przecież, jeżeli chodzi o państwowość a także świadomość narodową, bratniego narodu, z którym przez kilka wieków nasi i jego przodkowie byli obywatelami jednego państwa – Rzeczypospolitej Trojga Narodów. O czym na Białorusi nie tylko pamięta się ale często także podkreśla. Niekiedy jednak z budzącą sprzeciw przesadą. Oto przykład. W broszurze „Rzeźby Mińska”, którą otrzymaliśmy, w angielskiej i rosyjskiej informacji o pomniku Adama Mickiewicza i osobie, której został on poświęcony, można przeczytać m.in.: że „był on wielkim poetą narodów polskiego, białoruskiego i litewskiego” oraz „… za udział ( w tajnych stowarzyszeniach filomatów i filaretów ) w 1823 roku został skazany i zmuszony do opuszczenia Białorusi”. To już horror! Nie istniała wówczas bowiem żadna Białoruś, proces odbył się w Wilnie, a na zesłanie Mickiewicz wyjechał z Kowna, które to miasta nigdy nie miały żadnego związku nawet z ziemiami białoruskimi poza tym, że w przeszłości leżały także w Wielkim Księstwie Litewskim.

            Ale wróćmy do Nieświeża. Spośród jego zabytków zdążyliśmy rzucić okiem również na Bramę Słucką, katolicki kościół farny p.w. Bożego Ciała oraz Ratusz – wszystkie z XVI wieku oraz zjeść doskonałą kolację w stylowej restauracji „Ratusz” w jego piwnicach.

 

                                   Blaski i cienie stołecznego Mińska

 

            Do Mińska na nocleg dotarliśmy tuż przed północą. Przejeżdżając przez kilometry tonących w światłach ulic i placów tego 2–milionowego ( tak!, nie wszyscy zdajemy sobie sprawę, że aż tak wielu mieszkańców liczy stolica tego 10-milionowego kraju ) miasta. Które w porównaniu z innymi metropoliami ma niewiele cennych zabytków i szczególnie atrakcyjnych budowli, zostało bowiem niemal doszczętnie zrównane z ziemią w latach II wojny światowej. To, że zdoła się odrodzić, a następnie tak bardzo rozbudować, wydawało się niemożliwe. Pamiętam jeszcze tytuł mojego pierwszego reportażu z Mińska opublikowanego w połowie lat 60-tych XX wieku: „Fenix z nad Świsłoczy”. Bo odradzało się ono z popiołów, jak ten legendarny ptak.

            Dziś oświetlone są w nim nie tylko szerokie aleje, ulice i place, pomniki, gmachy administracyjne i użyteczności publicznej, ale także detale architektoniczne budynków mieszkalnych w stylu socrealizmu. Dzięki czemu w nocy prezentują się one nierzadko ciekawiej, niż za dnia. A „Mińsk by night” robi wrażenie na gościach białoruskiej stolicy. W naszym przypadku miała ona, niestety, również cienie. Z programu zwiedzania wypadło bowiem, podobno bardzo ciekawe, Narodowe Muzeum Sztuki. Gospodarze zapomnieli, że jest ono nieczynne nie tylko w poniedziałki ale i wtorki. Podobnie było w przypadku jego filii – Domu Wańkowicza. Walentego –  przyjaciela Adama Mickiewicza, malarza i autora jego słynnego portretu „Na Ajudahu skale”. Zdołaliśmy je obejrzeć tylko z zewnątrz, a ciekawe wnętrza poznać z ofiarowanego nam, wraz z innymi materiałami, folderu.

            Podczas pół dniowego zwiedzania Mińska zdążyliśmy obejrzeć jedynie najważniejsze stare zabytki. Prawosławny sobór Św. Ducha – wcześniej katolicki kościół bernardynów z 1642 roku, katedrę katolicką oraz Ratusz, Czerwony Kościół wraz z monumentalnymi budowlami na Placu Niepodległości i kilkupiętrowym podziemnym nowym centrum handlowym pod nimi. Ponadto trochę innych budowli i miejsc, głównie z okien autokaru. Niestety, gospodarze nie uwzględnili w programie tego, o istnieniu czego, przygotowując propozycje zwiedzania, po prostu nie wiedziałem. Przede wszystkim szalenie ciekawej zarówno pod względem architektonicznym jak i supernowoczesnych rozwiązań technicznych wewnątrz z możliwością błyskawicznego łączenia się drogą internetową z wieloma bibliotekami świata i ich zasobami, nowej Biblioteki Narodowej. A także odsłoniętego w 2003 roku pomnika Adama Mickiewicza.

            Program został uzupełniony o krótkie spotkanie z szefami organizującego naszą podróż „Centre Kurort” – dyrektorem naczelnym Andrejem Pozdniakiem i dyr. d/s sanatoriów i turystyki Władimirem Padalko. Jest to instytucja państwowa w strukturze Administracji Prezydenta Białorusi, ma filie we wszystkich obwodach. Zajmuje się organizacją i rozprowadzaniem skierowań na leczenie sanatoryjne oraz rekreacją, a także zakupami medykamentów dla sanatoriów, sieci aptek oraz skupem ziół leczniczych. Posiada 5 własnych aptek, a także 9 sanatoriów. Z czego 4 na  Białorusi – nad jeziorem Narocz, nad zalewem zwanym Morzem Mińskim oraz w pobliżu stolicy. Natomiast  5 zagranicą, na terenie innych republik proradzieckich: w Soczi i Tuapse w Federacji Rosyjskiej, Druskiennikach na Litwie i Jurmale na Łotwie. „Centre Kurort” zajmuje się również 4 parkami narodowymi: Puszczą Białowieską, Prypeckim, Brasławskim i Naroczańskim  oraz Berezyńskim rezerwatem przyrody. W każdym z nich dysponuje hotelami, domkami letniskowymi i tam, gdzie polowania są dozwolone, domkami myśliwskimi. Ponadto prowadzi usługi turystyczne, których wartość w I półroczu br. przekroczyła kwotę 10 mln $.

            Podczas spotkania otrzymaliśmy pokaźną porcję folderów i innych publikacji turystycznych. W tym również wydanych w języku polskim. Niestety, jakość tego języka bywa nierzadko fatalna. Oto kilka próbek: „Prosimy zawitać do Białorusi!”, „ Wschodnia Białoruś stała się jedną z republik podpisawszych umowę o stowarzyszeniu z ZSRR”, „Zamek Lidski”, „Piligrzymka k cudownemu obrazu..”, „Wdlug kanału Ogińskiego”. Czy fonetyczne pisanie nazwisk obcych, np. w tytule i tekście broszury „Vitebsk – miasto Marka Szagala”. Nie uwierzę, że na Białorusi nie ma ludzi, którzy potrafią dokonać korekty wydawnictw zgodnej z poprawnym językiem polskim. A gdyby tak było naprawdę, nasze stowarzyszenie chętnie w tym pomoże.

 

                                         Tomasz Zan i Marc Chagall

 

            Przeładowanie programu, zwłaszcza dłuższe niż można było przewidzieć obiady, skłoniło nas do jego drobnych korekt. Zrezygnowaliśmy ze zjechania z trasy aby zobaczyć sobór Swiato-woskresieński w Borysowie oraz dworu z początku XX w. w Krupkach. Ciekawą okazała się natomiast wieś Smolany. Uwzględniając ją w programie kierowałem się mapą Białorusi z zaznaczonymi zabytkami lub ruinami w pobliżu proponowanej trasy. Podczas podróży okazało się jednak, że świetnie znającej swój kraj naszej przewodniczce Ludmile wieś ta z niczym się nie kojarzy. Mieliśmy nawet przez chwilę problem z jej  lokalizacją na mapie. Pomógł, najlepiej z nas znający Białoruś, szef biura podróży „Bezkresy” Waldek Ławecki, z wykształcenia historyk. Nie tylko zabrał ze sobą przydatną literaturę, w której wyczytał, że w Smolanach pochowany został inny przyjaciel Adama Mickiewicza – Tomasz Zan, ale swoja bogatą wiedzą na temat zabytków i rodów na Białorusi i Ukrainie dzielił się z resztą uczestników study tour.

             Trafiliśmy więc do tej niewielkiej, położonej na uboczu wioski aby obejrzeć w niej zdewastowane ruiny – zostały ściany z powyrywanymi wszystkimi epitafiami i ozdobami oraz fragmenty zawalonego stropu – ładnego niegdyś barokowego kościoła. Z dawnego zamku – potężnej rezydencji książąt Sanguszków ocalały tylko fragmenty wieży bramnej. Natomiast nacmentarzu odnaleźliśmy, nieźle utrzymaną w porównaniu z sąsiednimi starymi grobami, kwaterę rodzinną Zanów. Zmarłego w 1855 roku w wieku 59 lat Tomasza, jego żony Brygidy oraz syna Abdona, który w momencie śmierci ojca miał zaledwie 6 lat.

            Położony na północnym wschodzie Białorusi Witebsk, to przede wszystkim miasto rodzinne Marca Chagalla, jednego z najbardziej znanych i popularnych malarzy europejskich XX wieku. Zachował się dom przy ul. Pokrowskiej, w którym malarz mieszkał z rodzicami i rodzeństwem, a następnie z żoną Bellą. Obecnie Muzeum Marca Chagalla z wyposażeniem z epoki oraz licznymi fotografiami i fotokopiami dokumentów. W ogrodzie tego domu znajduje się pomnik „Skrzypce Chagalla” – rzeźba Walerija Moguczego. Na pobliskim skwerku inny pomnik Mistrza – dzieło Aleksandra Gwozdikowa, odsłonięty w 1992 roku. Zaś na wysokiej skarpie Dźwiny, w pobliżu b. Pałacu Gubernatora – obecnie siedziby KGB i parku z Aleja Zasłużonych mieści się „Art. Centrum” – Galeria Marca Chagalla posiadająca w zbiorach wiele jego barwnych litografii, w tym ostatnią namalowaną przez 98-letniego artystę i przez niego podpisaną – jego Autoportret w trakcie malowania.

            Witebsk został praktycznie zmieciony z powierzchni ziemi podczas II wojny światowej. Ocalało zaledwie 7% zabudowy. Zaś obwód witebski, jako jedyny na Białorusi, dotychczas nie zdołał odtworzyć przedwojennej liczby ludności. Mieszkało w nim wówczas 1.770 tysięcy ludzi – w tym bardzo licznej społeczności żydowskiej, a obecnie tylko 1.348 tysięcy. Miasto szczyci się tym, że jako pierwsze na ziemiach białoruskich, a trzecie w b. imperium rosyjskim – po Petersburgu i Kijowie – miało tramwaje. Z odbudowanych zabytków najważniejszymi są Ratusz i sąsiadujący z nim, remontowany sobór prawosławny z XVII w.. Ponadto kilkadziesiąt domów w najstarszej części miasta. I bardzo zaniedbane przedmieścia z wieloma budynkami nadającymi się już tylko do rozbiórki. Chlubą miasta jest ogromny amfiteatr w którym niegdyś odbywały się Festiwale Piosenki Polskiej, a ostatnio festiwale muzyczne „Słowiański Bazar”. Przejeżdżając przez Witebsk zauważyliśmy też restaurację „Zielona Góra”. Jak na miasto w którym jest 45 szkół, 4 uczelnie i kilkanaście specjalistycznych szkół średnich – kolegiów, to niezbyt wiele. Nadal głównym magnesem przyciągającym turystów jest Marc Chagall. No i na parę dni w roku festiwale „Słowiański Bazar”.

 

                                         Od Dźwiny, przez Dniepr,  do Piny i Prypeci

 

            Dalsza trasa, z Witebska do Pińska , znad Dźwiny przez Dniepr nad Pinę i Prypeć była najdłuższym odcinkiem tej podróży. W sam raz na dwa dni, licząc również zwiedzanie, z programem ściśniętym w jednym dniu. Najpierw Orsza z blisko tysiącletnią metryką. Miasto tegorocznych ogólnokrajowych dożynek. Rozkopane, z utrudnionymi dojazdami, a praktycznie ich brakiem w przypadku Góry Zamkowej z ruinami zamku z 1067 roku, czy Soboru Iljińskiego. Coś nam to przypomniało… Obejrzeliśmy tylko remontowany gmach b. kolegium z pracami ziemnymi dookoła.

            W ponad 740-letnim Mohylewie, trzecim pod względem liczby ludności – 376 tys. – mieście kraju, postój na obiad i krótkie zwiedzanie. Miejscowy przewodnik nie ukrywał niezadowolenia, że mając do dyspozycji tylko godzinę, wybraliśmy nie możliwość zobaczenia osiągnięć ostatnich i nieco dawniejszych lat, lecz przede wszystkim Sobór Nikolski – p.w. św. Mikołaja Cudotwórcy z XVII w. położony nad Dnieprem, który zdołał przetrwać okres rewolucji, II wojnę światową i powojenne lata burzenia cerkwi i innych zabytków sakralnych.

            A przecież miasto w latach 1915 – 1917 było siedzibą cara Mikołaja II i jego Sztabu Generalnego. Zaś w latach 30-tych XX w. omal nie zostało stolicą Białoruskiej SRR, gdyż Mińsk uznano za leżący zbyt blisko ówczesnej granicy z Polską. Tak blisko, że zrezygnowano podobno z wzniesienia nad budowanym gmachem tamtejszej Opery ponad 70 – metrowego pomnika Stalina, gdyż byłby widoczny z naszego kraju. W Mohylewie wybudowano więc nawet gmach dla Rady Ministrów. Ale pomysł przeniesienia stolicy upadł. W centrum miasta zachował się 125 – letni budynek Teatru Dramatycznego z czerwonej cegły,  niedawno odnowiono gmach Ratusza z XVII w, jest też wiele innych miejsc godnych uwagi. My jednak – słusznie – uznaliśmy, że dla nas najciekawszy jest sobór.

            Niedawno odnowiony, z wielkim freskiem nowych świętych rosyjskiej cerkwi prawosławnej – cara Mikołaja II i zamordowanej razem z nim przez bolszewików jego rodziny na frontonie. Z piękna architekturą zarówno soboru jak i klasztoru – obecnie żeńskiego. Ciekawymi wnętrzami i dziełami sztuki cerkiewnej. Po jego zwiedzeniu starczyło jeszcze czasu na zobaczenie Placu Gwiazd  z wielką brązową statuą astronoma przy lunecie i wianuszkiem ogromnych krzeseł, również z brązu. W Mozyrzu nad Prypecią zatrzymaliśmy się tylko na kolację w restauracji z regionalną kuchnią. Usytuowanej na terenie starego drewnianego grodu, niedawno odtworzonego, lokalnego centrum tradycyjnego rzemiosła z jego kramami. Na ostatni nocleg, w Pińsku, dotarliśmy jednak z 2,5 godzinnym opóźnieniem w stosunku do programu, tuż przed godziną 2.00 w nocy.

 

                                               Pińsk Pani Tatiany

           

            Pińsk okazał się znakomitym akordem końcowym tej podróży. Zarówno ze względu na zabytki i urok starej części 130-tysięcznego dziś miasta, zachowane z nim polskie pamiątki, jak i fantastyczną przewodniczkę, Tatianę Chwaginę. Rosjankę, która nauczyła się polskiego aby móc w nim oprowadzać turystów i tak doskonale poznała przeszłość i teraźniejszość stolicy Polesia, że o każdym domu, ulicy czy zaułku potrafi opowiadać z masą mało, lub wcale nieznanych szczegółów. Przy tym autorkę dużego, bogato ilustrowanego albumu Pińska. Osobę, która stanowiła potwierdzenie znanej prawdy, że o wrażeniach turystów decyduje nie tylko to, co oglądają, ale w nie mniejszym stopniu również od kompetentnego przewodnika, który im to pokazuje.

            Zapoznawanie nas z Pińskiem zaczęła od remontowanego XVIII – wiecznego Pałacu Butrymowicza – dziadka Napoleona Ordy, rysownika i muzyka, przyjaciela Fryderyka Chopina w Paryżu. Sypiąc szczegółami na temat budowy tego pałacu, pod który pierwszy kamień położył w 1784 roku sam król Stanisław August Poniatowski. O tym, że dzięki Mateuszowi Butrymowiczowi Pińsk uzyskał wodne połączenie z Bałtykiem, o mieszkańcach i gościach – m.in. Józefie Ignacym Kraszewskim – tego pałacu i jego późniejszych dziejach. Aż po najnowsze: remontowanie zrujnowanego Domu Pionierów – ich znaczek na frontonie zostanie oczywiście skuty – podkreśliła odpowiadając na moje pytanie, na Pałac Ślubów oraz ekspozycję muzealną N. Ordy, Butrymowiczów i ostatnich właścicieli – Skirmuntów.

            Pokazała nam również inne fragmenty dawnego żydowskiego – przed wojna w Pińsku 85% mieszkańców stanowili Żydzi – przedmieścia Karolin. Stare, niedawno odnowione domy przy ul. Lenina z zachowanymi przedwojennymi szyldami i reklamami na murach. „Dom Ordy” na parterze którego mieści się obecnie bar „Pierekiestok” ( „Skrzyżowanie” ). Gmach  byłego, pierwszego Państwowego Gimnazjum Męskiego wybudowanego w 1858 roku – obecnie mieści się w nim oddział oświaty rady miejskiej – w którym uczyło się wielu znanych później ludzi, a wśród nich, co upamiętnia dwujęzyczna tablica, pierwszy prezydent Izraela Chaim Weizman.

            Szczegółowo poznaliśmy najcenniejszy, doskonale zachowany i utrzymany zabytek miasta – klasztor franciszkanów z metryką z końca XIV w, z dzwonnicą z 1817 roku oraz wieloma interesującymi dziełami sztuki i detalami, z których niemal o każdym Pani Tatiana miała coś ciekawego do opowiedzenia. Na placu Lenina pokazała nam w swoim albumie jak miejsce to wyglądało przed wojną oraz przed zburzeniem w 1953 roku na polecenie Nikity Chruszczowa – młodszym Czytelnikom przypominam, że był to wszechwładny następca Stalina na stanowisku „Genseka” – Sekretarza Generalnego KPZR – zabytkowego, największego w mieście kościoła jezuitów, w krypcie którego znajdował się grób św. Andrzeja Boboli. Z całego jezuickiego kompleksu ocalał tylko gmach kolegium w którym wykładali m.in. kaznodzieja Andrzej Bobola i historyk, poeta i biskup Adam Naruszewicz, a dziś mieści się dosyć ciekawe Muzeum Polesia Białoruskiego.

            Zawiozła nas również do domu przy ul. Suworowa 43, w którym mieszkał z rodzicami wybitny pisarz i reporter Ryszard Kapuściński. Przypomina to dwujęzyczna tablica pamiątkowa wmurowana w ścianę tego domu. Pokazała nam również, bardzo zaniedbany budynek szkoły do której uczęszczał  Rysiek, a nauczycielem był jego ojciec. Dowiedzieliśmy się, że urodził się, ale mieszkał w nim krótko, w domu przy ul. Teodorowskiej. Zaś na pińskim cmentarzy znajduje się grób babki pisarza.

            W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze w Kobryniu na ostatni obiad podczas tej podróży, odwiedziliśmy też, znanym już kilkorgu z nas polski cmentarzyk obok cerkwi, z grobem rodzinnym prof. Aleksandra Mickiewicza – brata Adama oraz grobami legionistów i żołnierzy polskich poległych w obronie kraju przed najazdem bolszewickim w 1920 roku. Później pozostał już tylko dojazd do granicy w Puszczy Białowieskiej, pożegnanie ze znakomitą opiekunką i przewodniczką Ludmiłą, szybkie odprawy graniczne i zakończenie podróży w Białowieży.

                                  

                                                            *  *  *

           

            Tyle relacji na gorąco z tej bardzo ciekawej podróży. Zebraliśmy masę faktów, informacji oraz wrażeń do wykorzystania w publikacjach. Zobaczyliśmy kawał Białorusi z  zauważalnymi kontrastami np. między Mińskiem, centrami miast obwodowych oraz ich przedmieściami, nie mówiąc już o niektórych miasteczkach i wioskach. O dobrych, a przynajmniej generalnie lepszych niż polskie drogach –  chociaż jeździliśmy i odcinkami gorszymi. Z dobrze zaopatrzonymi sklepami – nie tylko wielkimi centrami handlowymi stolicy i dużych miast, ale również w wioskach leżących na głębokiej prowincji. Nawet w sklepach w wiosce Smolany czekają na klientów telewizory i różny sprzęt gospodarstwa domowego, nie mówiąc już o  niezliczonych artykułach przemysłowych, odzieży czy spożywczych. Z cenami dla nas niekiedy trochę szokującymi: relatywnie tanim chlebem oraz podstawowymi artykułami, warzywami, jarzynami czy krajowymi alkoholami  - oraz  drogimi owocami, a także innymi artykułami spożywczymi z importu.

            Z dużym wyborem – również w wioskach – dobrych i tańszych niż w Polsce wędlin oraz serów. Śmiesznymi cenami – w przeliczeniu 60 gr. – biletów komunikacji miejskiej łącznie z metrem w Mińsku. To tylko przykłady, gdyż „przetrawienie” wrażeń wymaga trochę czasu. Z oczywistym chyba dla wszystkich uczestników tej podróży studyjnej wrażeniem generalnym: Białoruś to kraj ciekawy, z piękną przyrodą i krajobrazami, wartymi uwagi zabytkami oraz gościnnymi i życzliwymi obcym mieszkańcami. Zasługujący jak najbardziej na bliższe poznawanie. Równocześnie zaś ułatwianie, a nie utrudnianie Białorusinom, co często ma miejsce, przyjazdów do Polski. Bo zainteresowanie nami jest tam spore, mimo iż staliśmy się dla nich krajem drogim. Nic jednak tak nie ułatwia wzajemnego poznawania przeszłości i teraźniejszości krajów, ich tradycji, zwyczajów, zabytków, przyrody  itp., a zwłaszcza ludzi między sobą, jak bezpośrednie kontakty. I to po obu stronach granicy.

 

Cezary Rudziński

Zdjęcia autora

 

 

Dodane 04 08 08
Praga XX wieku – zabytkowy Czeski Krumlow