PODRÓŻE GLOBTROTERA: PAJŪRIS CZYLI MAŁA LITWA

Pajūris, czyli Pojurze, a w dosłownym tłumaczeniu z języka litewskiego Pomorze nazywane też powszechnie Małą Litwą, było celem kolejnej podróży studyjnej SD-P „Globtroter”. Zorganizowanej wspólnie z Centrum Informacji Turystycznej Litwy w Warszawie na zaproszenie sanatorium „Energetikas” w Świętej – po litewsku Šventoji.

 

Położonej tuż przy granicy z Łotwą miejscowości wypoczynkowej, wchodzącej w skład Wielkiej Połągi, znanego od 1,5 wieku nadbałtyckiego kurortu. Nie była to pierwsza nasza podróż, chociaż w znacznie zmienionym składzie ponad 20 uczestników, w tamten region tak bliskiej nam Litwy. Zarazem jednak w dosyć odległe jej strony, gdyż dzieli je od Warszawy grubo ponad 600 km i wiele godzin jazdy.

 

 

Jak na 4 dni, z których 2 zajął praktycznie dojazd i powrót, z programem bardzo intensywnym. Byłem tam już kilka razy, przed paru laty także nieco dłużej, bo 8 dni, na zaproszenie jednego z sanatoriów Połągi, któremu spodobał się mój reportaż z wcześniejszego tam pobytu. Miałem więc okazję do porównań i odnotowywania pozytywnych zmian, jakie zaszły także w tej zachodniej części kraju naszego najbliższego północnego sąsiada.

 

Litewskie Pomorze, to ponad 70 – kilometrowy odcinek bałtyckiego wybrzeża od granicy z Obwodem Kaliningradzkim Federacji Rosyjskiej na południu – do granicy z Łotwą tuż za ujściem rzeki Świętej na północy. Oraz kilkudziesięciokilometrowej szerokości pasem ziemi w głąb kraju.

 

Z bardzo mało u nas znaną Deltą Niemna, połową – resztę Stalin „przyznał” Rosji – przepiękną Mierzeją Kurońską, jedynym litewskim portem morskim – Kłajpedą oraz wspomnianą już wypoczynkowo – sanatoryjną Wielką Połągą. A z ważniejszych miejscowości poza wybrzeżem, Kretyngą. Naszą bazą było, wspomniane już sanatorium, a ściślej Centrum Zdrowia „Energetikas”.

 

Jest to duży, proradziecki kompleks położony na północ od rzeczki Świętej, w pobliżu piaszczystej bałtyckiej plaży oraz wydm. Z lotu ptaka – można go obejrzeć na zdjęciach lotniczych – stanowi on centralny prostokąt administracyjno–leczniczo–żywieniowy, z dobudowanymi do niego trzypiętrowymi „korpusami” hotelowymi w kształcie litery „V”.

 

Całość jest dosyć potężna, z trochę skomplikowaną siecią korytarzy i przejść, ale dobrze utrzymana, w większości niedawno odremontowana. Obok budowany jest nowy obiekt z przeznaczeniem na centrum SPA. „Energetikas”, który może przyjmować równocześnie po kilkuset kuracjuszy i gości, specjalizuje się w ich rehabilitacji powypadkowej i pochorobowej.

 

A także leczeniu chorób nerwowych, serca, przewodu pokarmowego, narządów ruchu, endokrynologicznych, ginekologicznych, urologicznych oraz skutków napromieniowania. Posiada stołówkę o 200 miejscach, kawiarnię o 60, 400–miejscową salę koncertową, a także dwie sale konferencyjne: o 40 i 120 miejscach.

 

W warunkach gospodarki rynkowej Centrum organizuje bowiem również konferencje i podobne imprezy oraz poza leczeniem świadczy usługi z zakresu aktywnego wypoczynku i profilaktyki. Do dyspozycji kuracjuszy i gości jest basen z kaskadami, sauna, bilard, rowery, kort tenisowy, boisko do siatkówki, turystyczne katamarany itp. No i, oczywiście, park z zielenią.

 

W sezonie piaszczysta nadmorska plaża oraz wspaniałe, o leczniczych właściwościach powietrze z zawartością bałtyckiego jodu oraz olejków z sosnowych lasów. Dla dzieci i młodzieży „Energetikas” organizuje, w sezonowym ośrodku sportowym w pobliżu za rzeczką, letnie obozy. To Centrum Zdrowia jest największym, ale nie jedynym obiektem leczniczo – wypoczynkowym Świętej.

 

W mającym około 2 tys. stałych mieszkańców miasteczku są też pensjonaty oraz bardzo popularne wśród litewskich rodzin zespoły sezonowych drewnianych domków. Atrakcją jest słynna, 4–metrowej wysokości rzeźba „Córki rybaka” – dziewcząt czekających na powrót ojca z połowu – postawiona wśród nadmorskich wydm.

 

Nie mniejszą stanowi znajdujące się „o rzut kamieniem” od sanatorium „Eneregetikas” dawne pogańskie miejsce kultu, na którym w 1998 r. urządzono obserwatorium paleoastronomiczne. Stoją w nim drewniane rzeźby – słupy z postaciami bogiń i bogów mitologii bałtyckiej. Tak ustawione, że podczas zachodu słońca można dzięki nim wyznaczać terminy świąt o rodowodzie jeszcze przedchrześcijańskim.

 

Malownicze są meandry, mającej 73 km długości, rzeczki Świętej. Bazą dla żeglarstwa stać się ma wkrótce, pogłębiany i porządkowany aktualnie stary port i kanał portowy. Uwagę zwraca również bardzo nowoczesny w kształcie kościół katolicki Stella Maris – Gwiazda Morza p.w. Dziewicy Maryi.

 

Połągę, do której pojechaliśmy na cały dzień, zastaliśmy w momencie ostatnich przygotowań do sezonu letniego, który praktycznie rozpoczyna się tu około 10 czerwca. Po 5 latach nieobecności z przyjemnością obserwowałem jak wiele na lepsze zmieniło się w tej „letniej stolicy” Litwy. Jej stara, centralna cześć, stanowi obecnie tylko najważniejszy fragment rozciągającej się na 25 km wzdłuż Bałtyku Wielkiej Połągi.

 

Więcej o niej, podobnie jak o większości miejsc, w których byliśmy podczas tej podróży, napiszę osobno, bo zasługują na to. W tym popularnym bałtyckim kurorcie przybywa nowych, nowoczesnych, chociaż niekiedy trochę szokujących kolorystyką, pensjonatów, willi i innych budowli dla gości. Remontowane są również stare, jeszcze drewniane domy i pensjonaty w centrum.

 

M.in. strasząca jeszcze niedawno i to przez wiele lat willa przy połąskim deptaku – ulicy Jonasa Basanawicziusa, zaprojektowana przez naszego Stanisława Ignacego Witkiewicza. Z przewodniczką obejrzeliśmy park, w którym znajduje się jedna z najpopularniejszych na Litwie rzeźb „Egle, królowa węży”, a przede wszystkim Pałac hr. Tyszkiewiczów.

 

W nim zaś, poza udostępnionymi do zwiedzania pałacowymi wnętrzami, słynne, najstarsze na świecie Muzeum Bursztynu posiadające około 7 tys. eksponatów w gablotach i blisko 25 tys. kolejnych w magazynach. Mieliśmy szczęście, gdyż po dłuższym remoncie i zmianie ekspozycji, otwarte ono zostało ponownie 13 maja br.

 

Zwiedzając park trudno było pominąć Górę Biruty – najwyższą w kurorcie wydmę, w przeszłości miejsce pogańskiego kultu i symboliczne miejsce pochówku tej legendarnej wajdelotki, strażniczki świętego ognia, żony księcia Kiejstuta i matki księcia Witolda zwanego na Litwie Wielkim, z poświęconą jej rzeźbą. Byliśmy również, rzecz oczywista, na sławnym, wchodzącym daleko w głąb morza molu o kształcie litery „L”.

 

Ulubionym miejscu spacerów, przy czym w odróżnieniu np. od naszego Sopotu bezpłatnych, a także… raju dla wędkarzy. Takich tłumów miłośników „moczenia kijów w wodzie” w jednym miejscu jeszcze nie widziałem. Przy czym również takiej masy złowionych na wędki ryb. Nawet w ośrodkach szkoleniowych dla wędkarzy, nad pełnymi pstrągów zbiornikami wodnymi w Finlandii.

 

Dosłownie co chwila, nierzadko równocześnie kilku wędkarzy wyciągało z morza swoją zdobycz: długie, przypominające węgorze, ale bardziej płaskie i z długimi pyskami podobnymi do małych krokodylków belony, tłuste byczki, rzadziej flądry oraz drobnicę. Być może skuteczna okazuje się przyjęta. Większość wędkarzy łowi bowiem nie na robaki czy muchy, lecz na… mrożone krewetki kupowane w supermarketach.

 

Drugiego „studyjnego” dnia tej podróży było zwiedzanie Kłajpedy oraz Mierzei Kurońskiej. W tym bałtyckim porcie najpierw byliśmy w Muzeum Zamkowym – w jego resztkach: basztach i podziemnych korytarzach dawnej twierdzy Memelburg ( Memel, to niemiecka nazwa Niemna ) Zakonu Kawalerów Mieczowych. Z ciekawą ekspozycją, o której napisze wkrótce osobno prezentując szerzej to miasto.

 

Później w sławnym, najstarszym na Litwie, założonym w 1784 roku browarze „Švynturys”, warzącym dobre piwo w kilku gatunkach. W 1999 roku kupił go Carlsberg, ale wytwarza głównie tradycyjne marki. W nowoczesnych urządzeniach, które mogliśmy obejrzeć w większości tylko z góry, przez okna otaczających hale produkcyjne korytarzy i bez prawa fotografowania.

 

Jak gdyby chodziło o tajemnice najnowszej generacji broni, a nie aparaturę wystawianą na targach świata. W browarze tym jest m.in. linia butelkowania o nie wykorzystywanej do końca, bo nie ma jeszcze tak wielkiego zbytu, mocy produkcyjnej: 26 tys. butelek na godzinę. Było też trochę czasu na obejrzenie nielicznych zachowanych, po ogromnych zniszczeniach podczas II wojny światowej, domów i budowli starej Kłajpedy.

Jak i nawiązujących do starego stylu, lub odbudowywanych na cele hotelowo – gastronomiczne. No i także dosyć ciekawej, a przynajmniej oryginalnej nowej architektury. Po południu zaś króciutka podróż promem przez Zalew Kuroński na Mierzeję i wzdłuż niej kilkadziesiąt kilometrów do najwyższej na niej wydmy – Parmidis, na której znajduje się ogromny zegar słoneczny oraz widok na Bałtyk, Zalew, Nidę i pobliską, rosyjską część mierzei.

 

A po drodze zobaczenie galerii drewnianych rzeźb na Górze Czarownic w wiosce Juodokrante wchodzącej od 1961 roku, wraz z Nidą, Preilą, Pervalką oraz osiedlem Alksnyné w skład utworzonego wówczas miasta Nerynga. I króciutkim pobytem na festynie zorganizowanym z okazji jego 50-lecia w jej administracyjnym centrum w Nidzie.

 

Na wizytę znajdujących się w innych częściach mierzei Domu Tomasza Manna oraz Muzeum Bursztynu nie starczyło już czasu. Część z nas miała zresztą okazję być w nich podczas wcześniejszych tu pobytów. Wracając ze Świętego do Warszawy inną trasą – nie autostradą z Kłajpedy do Kowna i dalej doskonałą drogą do granicy z Polską, lecz lokalnymi, ale w większości dobrymi drogami zachodnio – południowej Litwy, zwiedziliśmy jeszcze fragment Delty Niemna.

 

Tu ciekawostka. Okazało się, że ta długa, tak bardzo wpisana w dzieje Litwy, Białorusi i Polski rzeka, w ogóle… nie wpada do Bałtyku czy nawet pośrednio do niego przez Zalew Kuroński! Koło wyspy i miasteczka Rusnė – Ruś. Na granicy z Obwodem Kaliningradzkim, Niemen rozdziela się bowiem na kilka nurtów, które mają już inne nazwy. Najszerszy z nich, to graniczna rzeka Skirvytė. Pozostałe, m.in. Skatulė, Rusnaitė oraz szerokie prawe ramię przedłużenia Niemna – Atmata.

 

W tym regionie Litwy, w którym wcześniej nie był jeszcze nikt z nas, zdążyliśmy odwiedzić i obejrzeć Przylądek Ventės – Wenta, na którym znajduje się założona w 1928 roku Stacja obserwacji migracji ptaków. Co roku przelatuje ich w tym miejscu około 2 milionów ! Część z nich jest łowiona specjalnymi, ogromnymi sieciami oraz obrączkowana dla celów naukowych.

 

Bada się tu nie tylko szlaki, wysokość przelotów ptaków i liczebność ich stad, ale ostatnio także pod kątem epidemiologicznym: roznoszenia przez nie zarazków, m.in. grypy. W Stacji est również małe muzeum ptaków. Poznaliśmy też, nadal czynnego, chociaż od dawna na emeryturze, b. dyrektora tej stacji, który pracę w niej rozpoczął w roku… 1934 ! 77 lat aktywnie zawodowo w jednym miejscu, to chyba jakiś rekord.

 

Na zupę rybną wpadliśmy do wioski Mingė nad rzeką Minija, która w przeszłości wpadała bezpośrednio do Zatoki Kurońskiej, a obecnie za pośrednictwem wspomnianej już rzeki Atmaty. Mingė nazywana jest Litewską Wenecją, gdyż sąsiedzi, aby móc się odwiedzić, muszą korzystać z łodzi lub motorówek. Jest to, dodam, teren corocznych zalewów oraz polderów stanowiących jedną z atrakcji turystycznych.

 

W sezonie letnim Mingė, nazywana też, od rzeki, nad którą leży, Wioską Minija, ma regularne połączenia stateczkami przez Zalew z Nidą. Organizowane są w niej również rejsy wycieczkowe. W drodze powrotnej do kraju zamierzaliśmy zwiedzić jeszcze miejscowość o niezwykle oryginalnej polskiej nazwie Szyłokarczma – litewskie Šilutės.

 

Założoną przed 5 wiekami, z pierwszą wzmianką w 1511 roku, 23–tysięczną wieś gminną. Bo chociaż jako miasto uformowała się ona w XIX wieku, jest w niej mleczarnia, fabryka mebli, zakłady przetwórstwa spożywczego oraz gorzelnia produkująca biopaliwa, to Szyłokarczma jakoś nie może uzyskać statusu miasta. Być może nadal żywe są stare, historyczne resentymenty, gdy stanowiła ona, jako konkurencja, ość w gardle Tylży – obecnie miasta Sowieck w Obwodzie Kaliningradzkim i Memla – Kłajpedy.

 

Zamierzaliśmy zobaczyć chociażby centrum Szyłokarczmy: Stary Rynek i jego otocznie, kościoły, dwór z początku XIX w. Ale w związku z obchodami 500–lecia dojazd do niego został zamknięty. A na spacer pieszo zabrakło czasu. I tak, z przerwami na krótkie zwiedzanie Wenty i Mingė, w drodze do Warszawy byliśmy 15 godzin. Więcej o ciekawych miejscach, w których byliśmy podczas tej podróży – wkrótce.

 

Zdjęcia autora.


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com