PODRÓŻE GLOBTROTERA: UKRAINA I MOŁDAWIA

Ponad 3000 przejechanych kilometrów. Sześciokrotne przekraczanie granic. Zwiedzenie 20 miejscowości oraz kilkudziesięciu zabytków i muzeów. 7 noclegów w hotelach o różnym standardzie.
 
To najkrótszy bilans kolejnej podróży „Globtrotera”, tym razem z okazji 20-lecia naszego Stowarzyszenia Dziennikarzy – Podróżników „Globtroter”.
 
Zorganizowało ją Biuro Turystyczne „Bezkresy” po kosztach własnych dla ponad 40-tu członków (- iń) i przyjaciół (- ek ) naszego stowarzyszenia, a prowadził jako szef i pilot Waldek Ławecki. Podróż tę nazwał on „Mołdawskie Dionizje i Odessa dla Globtrotera”, a jej trasa prowadziła przez Ukrainę Zachodnią, Podole, Bukowinę, Mołdawię z samozwańczą Naddniestrzańską Republiką Mołdawską, dawne Stepy Akermańskie, Odessę i ponownie Ukrainę zachodnią.
 
A więc częściowo znaną już, chociaż mniejszości uczestników obecnej podróży, z wcześniejszych wyjazdów Globtrotera na Ukrainę i do Mołdawii. Większość historycznych miejscowości w których byliśmy tym razem, zasługuje na obszerniejszą prezentację. Obiecuję je sukcesywnie na łamach naszego portalu. Ograniczając się na początek tylko do ogólnej relacji z tej podróży.
 
Rozpoczęliśmy ją w Warszawie, aby po drodze zabierać tych uczestników, którym było to wygodne. Po drodze zjedliśmy znakomite śniadanie w Siedlisku Folkloru „Marzanna” w Niedrzwicy Kościelnej koło Lublina, na które zaprosił nas jego właściciel, a zarazem uczestnik wyjazdu oraz członek naszego stowarzyszenia Władek Boruch.
 
Odprawa graniczna na przejściu polsko – ukraińskim Korczowa – Krakowiec przebiegła dosyć sprawnie, chociaż jej tempo pozwala na niepokój, czy nie stanie się ona szokiem dla kibiców podczas zbliżających mistrzostw piłkarskich Euro 2012. Dalsza trasa m.in. obwodnicami Lwowa i Tarnopola była trochę męcząca zarówno ze względu na stan dróg, jak i jeden z dwu najdłuższych, prawie 700 km odcinków do przejechania jednego dnia podczas całej tej podróży.
 
Dlatego też, pod dotarciu do hotelu „Ksenia” w Kamieńcu Podolskim oraz bardzo późnej kolacji, tylko niewiele osób zdecydowało się na nocny spacer w kierunku sławnej fortecy, mimo iż było do niej zaledwie kilkaset metrów. Poranne zwiedzanie kamienieckiej twierdzy oraz miasta – to, oczywiście, temat na osobny reportaż – dało nam przedsmak wysiłku, jakiego wymagać będzie ta podróż.
 
Waldek Ławecki „pogonił” nas bowiem przez wykroty, fosę, tunele i ruiny dookoła twierdzy. Następnie zaś głęboko w dół na brzeg Smotrycza, którego nurt opływa jak gdyby w kanionie, niemal dookoła „łopatę” na której stoi twierdza. Chcąc pokazać nam wiele szczegółów fortyfikacji, na które zwykle grupy turystyczne nie mają czasu. A następnie w górę, na Stare Miasto. Na Rynek Polski, do ratusza i katedry.
 
Poprzednio byłem tam przed blisko 11 laty, z przyjemnością odnotowałem więc korzystne zmiany, jakie zaszły w mieście. Odnowiono wiele zabytkowych budynków, wzniesiono sporo nowych, przybyło placówek gastronomicznych o niezłym standardzie, sklepów itp. Chociaż sporo nie tylko domów, ale dzielnic miasta jest nadal w opłakanym stanie.
 
Drugim ze zwiedzanych tego dnia ważnych historycznych miejsc, już na Bukowinie, na prawym brzegu Dniestru oddzielającego ją w tym miejscu od Podola, była twierdza w Chocimiu. Miejsce dwu wielkich bitew polsko – tureckich w XVII wieku. Także i w niej, a byłem tam wcześniej już dwukrotnie, widać efekty prowadzonej rewaloryzacji.
 
Zgodnej z zapowiedziami, jakie słyszałem ponad 10 lat temu od oprowadzającego mnie po tym zabytku jego dyrektora. Odprawa graniczna ukraińsko – mołdawska w Rososzani - Ericeni okazała się miłym zaskoczeniem. Chociaż – przy pustym przejściu – trwała około godziny, była wspólną obu krajów i paszporty zwrócono nam już ze stemplami obu państw.
 
Jazda mołdawskimi drogami, jeszcze gorszymi, chociaż wydaje się to niemożliwe, niż polskie, okazała się wolniejsza i trudniejsza niż można było się spodziewać. W pewnym momencie z tego właśnie powodu pod znakiem zapytania stanął nawet dojazd naszego autokaru do jednego z ważnych obiektów na trasie.
 
Część programu, co zresztą na wszelki wypadek w nim przewidziano, trzeba było przesunąć na dzień następny. Zdążyliśmy jednak zobaczyć dwa miejsca ważne w naszych dziejach. Pierwsze, to obelisk w Berezowce, w miejscu śmierci 6 października 1620 roku hetmana wielkiego koronnego Stanisława Żółkiewskiego. Był to faktyczny koniec, dramatycznej dla Polski bitwy pod Cecorą.
 
Obelisk ten wzniósł 1621 roku syn hetmana, Jan Żółkiewski i przetrwał on do roku 1848. Odbudowany został w latach 1908-1912, zaś w 2003 roku odnowiony ze środków Senatu RP. Stoi on w polu na obrzeżach wioski. A jej mieszkańcy dotychczas wspominają uroczystość ponownego odsłonięcia obelisku z udziałem wielu ważnych osobistości. Z których najlepiej zapamiętany został kardynał Józef Glemp.
 
Drugim ze zwiedzonych tego dnia ważnych miejsc w Mołdawii były Soroki nad Dniestrem. Słynne z fortecy z XVI w. porównywanej, chociaż znacznie mniejszej, do chocimskiej. A zarazem „stolicy” mołdawskich Cyganów. Z przeważnie nieprawdopodobnie kiczowatymi „pałacami” najbogatszych z nich zbudowanymi na najwyższym naddniestrzańskim wzgórzu i jego zboczach.
 
Przy nich „wille” naszych Romów w Mławie wyglądają jak psie budki. Ale Soroki, to kolejny temat na osobny reportaż. Na nocleg w hotelu w Kiszyniowie dotarliśmy, jak zwykle późno. Nie na tyle jednak, aby część z nas nie wyruszyła na jego nocne zwiedzanie po kolacji. Zwłaszcza, że hotel stoi w centrum blisko 800 – tysięcznej stolicy Mołdawii.
 
Nie byłem w niej 20 lat i chociaż podczas ówczesnych dłuższych pobytów zdołałem miasto poznać nieźle, z zainteresowaniem oglądałem, na ile pozwalało raczej skąpe oświetlenie, zmiany jakie w nim zaszły. Główna ulica miasta, bulwar hospodara Stefana Cel Mare – Wielkiego, który przed laty przemierzałem dziesiątki razy, wyładniał. Wiele gmachów i budynków mieszkalnych odnowiono.
 
Partery ze sklepami, restauracjami, klubami itp. z zewnątrz oraz witrynami i reklamami przypominają już miasta europejskie. Ale pod względem żywotności i ruchu zapyziałą prowincję. Podczas z górą godzinnego wieczornego spaceru spotkałem zaledwie kilku przechodniów. Minęło mnie kilkanaście samochodów osobowych i autobusy komunikacji miejskiej.
 
A z lokali przy tej, przypomnę, głównej i reprezentacyjnej ulicy porównywanej, chociaż to kiepski dowcip, z paryską Champs-Élysées, czynny był na odcinku który przeszedłem, tylko jeden, bez klientów zresztą, salon z automatami do gry znajdujący się w piwnicy. Podziemne przejścia pod skrzyżowaniami szerokich arterii zamknięte były kratami.
 
Przedostanie się na drugą stronę ulic poprzecznych, aby móc dalej iść bulwarem Stefana Wielkiego, wymagało obchodzenia kilkudziesięciometrowych barierek oddzielających na skrzyżowaniach chodniki od jezdni. A następnie przekraczanie ich w niedozwolonych miejscach ryzykując potrącenie przez pojazdy.
 
W dzień miasto i ruch w nim wyglądało już inaczej, ale fatalne wrażenie pozostało. Na zwiedzanie Kiszyniowa mieliśmy jednak mało czasu. Nie jest to zresztą, delikatnie rzecz określając, turystyczna Mekka. Palców obu dłoni wystarcza dla wyliczenia wartych zobaczenia w nim obiektów.
 
Zgodnie z tytułowymi Mołdawskim Dionizjami, w programie tej podróży było zwiedzanie i degustacja win w najsławniejszych mołdawskich winnicach i wytwórniach win. Czasu starczyło nam tylko na odwiedzenie trzech, ale nie był on zmarnowany. Krikowa ( Cricova ) produkuje ponad 30 mln litrów białych i czerwonych win oraz według francuskiej technologii szampanów dobrej jakości.
 
Jej „hitem” są nie tylko one, ale przede wszystkim tutejsze, jedne z najdłuższych w świecie, o łącznej długości ponad 150 km, tunele i piwnice wykute w wapiennych skałach. Przed milionami lat w miejscu tym znajdowało się Morze Sarmackie. Opadające na jego dno muszle utworzyły skały, wykorzystywane później i obecnie do wznoszenia domów, świątyń, zamków i pałaców.
 
Nie wszędzie kamienne bloki wydobywano metodą odkrywkową. W wielu miejscach, m.in. tutaj, wykuwając je w głębi wapiennych gór i tworząc w ten sposób tunele. Z czasem wykorzystywane do przechowywania wina.
 
Główne tunele wytwórni win w Krikowej są kilkumetrowej szerokości i tak wysokie, że jeżdżą nimi nie tylko samochody ciężarowe, ale swobodnie zmieściłyby się także duże czołgi i działa przeciwlotnicze. W tak dużym obiekcie poszczególne tunele mają swoje nazwy i drogowskazy. Zwiedzaliśmy też fragment piwnic w których leżakują wina, pomieszczenia recepcyjne i, oczywiście, sale degustacyjne.
 
Ze stołami na dziesiątki osób, ciekawym wyposażeniem oraz dekoracjami na ścianach. Wizyta w tym zakładzie winiarskim, ze zwiedzaniem i degustacją kilku gatunków win nie jest bynajmniej tania. Kosztuje 35 € od osoby. Przy czym Mołdawia, nie bez racji uważana za najbiedniejsze państwo Europy, ma zawyżony kurs swojej waluty – leja mołdawskiego.
 
Wynosi on około 4 lejów za złotówkę co powoduje, że niemal wszystko jest w tym kraju dla nas drogie. Z Krikowej pojechaliśmy do jednego z najciekawszych, nie tylko dla mnie, miejsc w Mołdawii – Orgiejowa ( Orhei ), miasteczka z pobliskim rezerwatem przyrody oraz skalnym monastyrem Saharna nad rzeką Raut.
 
To również temat na oddzielny reportaż, wspomnę więc tylko, że w celach wykutych w ciągu wieków w nadrzecznej wapiennej skarpie żyli mnisi. Obecnie czynna jest w nich niewielka cerkiew. Na grzbiecie skarpy stoi natomiast nowa cerkiew, dzwonnica i parę mniejszych obiektów. Na łagodnym zboczu skarpy jest cmentarz.
 
W odległości kilkunastu kilometrów od Orgiejowa i Saharny znajduje się inny znany, chociaż młody, gdyż czynny od 2008 roku, bardzo nowoczesny zakład produkcji win – Chateau Vartely. A przy nim niewielki kompleks turystyczny. W jego skład wchodzi stylowy pawilon hotelowy z 8 luksusowymi pokojami oraz 4 apartamentami dla VIP-ow, 2 restauracje łącznie o 260 miejscach oraz 3 sale degustacyjne.
 
A także największa w Mołdawii kolekcja win z 5 kontynentów. Produkcja oraz sprzedaż win – także na eksport, m.in. do Polski – stanowi bowiem tutaj sprawę najważniejszą. W Chateau Vartely i pod tą nazwa wytwarza się 10 rodzajów win markowych znanych w świecie gatunków, m.in. Cabernet Sauvignon, Merlot, Pinot Nor, Chardonnay.
 
Ponadto 6 tych samych rodzajów win do rezerw korekcyjnych, wina słodkie Muskat, Kahor i Lodowe (Ice) oraz 3 i 5-letnie brandy nazywane na etykietach w cyrylicy koniakami. Trzecią ze znanych winnic i wytwórni win, jaką zwiedziliśmy, z degustacją, już następnego dnia, było Purkari.
 
Pięknie zlokalizowaną w dolinie Dniestru, 120 km na południowy wschód od Kiszyniowa, w pobliżu granicy z Ukrainą i 30 km od Morza Czarnego. Stanowi ona od roku 2002 jeden z obiektów kompanii Bostavan Wineries z winnicą i wytwórnią win w tej miejscowości oraz również mołdawskiej Bardar. Ponadto Crama Ceptura w Rumunii.
 
85% produkcji całej kompanii jest eksportowana, w tym 60% do krajów europejskich.Tradycje wytwarzania w tym miejscu win sięgają jednak antyku. Zaś w zmodernizowanym niedawno obiekcie w wiosce Purcari, od roku 1827. Wytwórnia win szczyci się wieloma – współcześnie otrzymanymi ponad 40 – za nie medalami i nagrodami wyższej rangi, np. Grand Prix prezydenta Mołdawii w roku 2008.
 
Ale również pierwszym złotym, uzyskanym w 1847 roku na lokalnej wystawie rolniczej, zwłaszcza zaś złotym medalem Międzynarodowej Wystawy w Paryżu w 1878 roku. Wina z Purkari – czytamy w dostarczonych nam materiałach informacyjnych – serwowano na stołach brytyjskiej królowej Wiktorii i króla Jerzego V oraz rosyjskiego cara Mikołaja II. Obecnie eksportowane są do 26 krajów.
 
Główny obiekt współczesnego zespołu budynków, z 4* hotelem o wystroju pokojów nawiązującym do średniowiecza oraz dwiema salami restauracyjnymi na 120 i 60 osób przypomina francuski zameczek. Są w nim również 2 sale degustacyjne. Zaś w sąsiednich budynkach nowoczesna wytwórnia win.
 
Gospodarze pokazali nam zarówno część produkcyjną i magazyny w których leżakują wina markowe, jak i turystyczno - hotelową. Ugościli też obiadem oraz degustacją kilku gatunków wytwarzanych win białych i czerwonych.
 
Główną atrakcją tego dnia był jednak wyjazd do nieistniejącego, nie uznawanego przez nikogo „państwa” – samozwańczej Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawskiej, do Bender i Tyraspola. To kolejny temat na odrębny reportaż, który napiszę wkrótce.
 
Wspomnę więc tylko, że byłem tam uprzednio już dwukrotnie u zarania istnienia tego tworu wspieranego, chociaż bez formalnego uznania, przez Kreml i stacjonującą w Naddniestrzu w momencie jego „usamodzielniania się” XIV armię radziecką, później rosyjską.
 
Jednym z przejawów tego wspierania są paszporty (i obywatelstwo) Federacji Rosyjskiej, które przyjęło już 40% obywateli Mołdawii – mieszkańców Naddniestrza. Drugim Porozumienie o współpracy między putinowską Wszechrosyjską Partią „Jedna Rosja” (Jedinaja Rossija) i naddniestrzańską Republikańską Partią „Odnowa” („Obnowlenije”).
 
W którym obie strony zobowiązują się do (cytuję wg. wielkiego baneru z podobizną Putina który sfotografowałem) „… do równoprawnej, partnerskiej współpracy między Federacją Rosyjską i Naddniestrzańską Republiką Mołdawską”. Brzmi to humorystycznie, kojarzy mi się z „równoprawnym i partnerskim” porozumieniem słonia z pchłą.
 
Jest jednak faktem politycznym o niebagatelnym znaczeniu. Bo przecież Naddniestrze stanowi terytorium Mołdawii. Pomimo, iż aktualnie nie sprawuje ona na nim władzy. I pozorów „państwowości” Transinistrii – Naddniestrza w postaci „granicy” strzeżonej przez „międzynarodowe siły pokojowe” – rosyjskie, naddniestrzańskie i mołdawskie.
 
Odpraw paszportowych i celnych przy jej przekraczaniu. Państwowej symboliki, własnej armii, policji, waluty, znaczków pocztowych itp. W tym ostatnim przypadku mających, podobnie jak ruble naddniestrzańskie, obieg tylko na terenie Naddniestrza. Co na tym drobnym przykładzie obnaża jego „niezależność” i „państwowość”.
 
Gdy chce się wysłać list zagranicę – nie tylko do innego państwa, ale również np. do Kiszyniowa, trzeba kupować na poczcie znaczki mołdawskie. Bo „naddniestrzańskie”, jako wydawane przez twór nie należący do UPU – Światowego Związku Pocztowego, nie są nigdzie indziej uznawane. Ofrankowane nimi kartki i listy przewożone są na teren Mołdawii, tam stemplowane i wysyłane dalej do adresatów.
 
Naddniestrzańska Republika Mołdawska jest skansenem sowietyzmu i komunizmu. Chociaż w przypadku Tyraspola czystym i dosyć zadbanym, z lokalami także bliskimi standardom europejskim. Nieźle zaopatrzonymi sklepami i dużym bezrobociem. Zabytków i ciekawych miejsc jest w niej niewiele. Najciekawsza jest twierdza w Benderach na prawym brzegu Dniestru.
 
Późnym popołudniem przekroczyliśmy, tym razem z dwiema osobnymi odprawami, granicę mołdawsko – ukraińską przez przejście Tudora – Starokozacze i przed północą dotarliśmy na nocleg w Illiczowsku. Pododesskim porcie czarnomorskim, w którym początek bierze ropociąg Odessa – Brody z ciągle niezrealizowanym przedłużeniem do Polski.
 
Mieście nieciekawym, zbudowanym po II wojnie światowej, nadal o bardzo sowieckim obliczu. Z niego następnego dnia powrót, gdyż poprzedniego przejeżdżaliśmy tamtędy już w ciemnościach, przez dawne stepy akermańskie do Białogrodu Dniestrowskiego i Twierdzy Akermańskiej. Miasta nad Limanem Dniestrowym z antycznym rodowodem od VI w p.n.e. znanego jako Tyras.
 
W średniowieczu (IX – XIII w.) jako Białogród, później turecka Ak-Libo, mołdawska Cetatea Alba, turecki Akerman (ok. 1500 – 1918), i ponownie, do 1944 roku, Cetatea Alba. Najważniejszym i najciekawszym tutejszym zabytkiem są nieźle zachowane ruiny Twierdzy Akermańskiej budowanej od XII do XV w.
 
Z nadal imponującymi, 2,5 km długości murami obronnymi i chyba największą jaką widziałem fosą: szeroką do 14 i głęboką na 22 metry. Z dawnych 34 baszt zachowało się zaledwie kilka. W dobrym stanie jest główna, położona na wysokim brzegu limanu część fortecy – cytadela. Z murów twierdzy roztaczają się rozległe, piękne widoki.
 
Chociaż rozkoszowanie się nimi przy pięknej, słonecznej pogodzie utrudniał nam wicher niemal dosłownie urywający głowy. „Odpuściliśmy” więc sobie pozostałe, niezbyt atrakcyjne zabytki miasta, wpadając w drodze do Odessy na chwilę w miasteczku Szabo do Domu Kultury Wina tamtejszej słynnej wytwórni markowych win i koniaków.
 
Półtora dnia w Odessie, udział w końcówce tamtejszego oryginalnego dnia Powitania Wiosny oraz zwiedzenie wszystkich najważniejszych zabytków, obiektów i muzeów, to oczywiście kolejny, osobny temat reportażu. Podobnie jak główne miejscowości i miejsca odwiedzone w dwudniowej drodze powrotnej do kraju.
 
Zaniedbany, biedny Humań z pięknym parkiem „Zofiówka” zbudowanym przez Stanisława Szczęsnego Potockiego dla jego żony „Pięknej Bitynki” wyciągniętej ze stambulskiego burdelu. Niemirów z pałacem Potockich i znaną także poza Ukrainą wytwórnią znakomitych wódek Niemiroff.
 
Nieliczne, ale ciekawe zabytki zadbanej Winnicy, na poznanie której mieliśmy stanowczo zbyt mało czasu. A także ruiny potężnego niegdyś zamku Sieniawskich w Międzybużu zbudowanego u ujścia Bożka do Bohu. Nazywanego na Ukrainie Piwdennim Bohom – Południowym Bugiem, dla odróżnienia go od Zachidniego Bohu, czyli naszego granicznego Bugu.
 
Zamek stanowi obecnie muzeum, a miejscowość ta, o niespełna 2 tys. mieszkańców, jest miejscem pielgrzymek ortodoksyjnych Żydów. W nim bowiem urodził się, działał i zmarł Izrael Ben Elizea zwany Baal Szem Tow – Panem Dobrego Imienia. Tuż przed Międzybużem zatrzymaliśmy się przy dosyć niezwykłym bazarze rybnym. W drewnianej hali przy drodze można było kupić – co zrobiła część uczestników – w ogromnym wyborze wędzone i suszone ryby.
 
Ostatni podczas tej podróży nocleg mieliśmy w hotelu Kamelot na obrzeżach Tarnopola. Wewnątrz zupełnie przyzwoity, chociaż nie bez braków w wyposażeniu, ale zbudowany przed 2 laty bez wind. Targając walizy na górę zastanawialiśmy się jaki idiota postawił bez nich ten 4 poziomowy obiekt hotelowo – gastronomiczny.
 
I co za debil lub łapownik – bo trudno znaleźć inne wytłumaczenie, wydał zgodę na jego otwarcie oraz przyznał mu… 3 gwiazdki. Wręcz powaliła mnie informacja, że hotel ten ubiega się o … status czterogwiazdkowego. Turyści i biznesmeni! Jeżeli nie zamierzacie podczas podróży trenować podnoszenia ciężarów, omijajcie tarnpolskiego Kamelota z daleka!
 
Hotele na Ukrainie i w Mołdawii to osobny temat. Było rzeczą oczywista, że będziemy korzystać z tańszych. Ale np. formalnie dwugwiazdkowy „Victoria” w Odessie, miał de facto wyższy standard niż 3* „Ksenia” w Kamieńcu Podolskim. W 8-metrowym pokoju w którym ledwo zmieściliśmy się we dwóch.
 
A gdy jeden chciał dojść do swojego tapczanu, drugi musiał na nim usiąść lub położyć się, tak wąska była przestrzeń między nimi. Nie wspominając już o typowym sowieckim, cuchnącym papierosami i nie mieszczącym się w kategoriach europejskich hotelu „Morjak” w Illiczowsku z dyżurnymi „etażowymi” na piętrach.
 
Chociaż również posowiecki „Kosmos” w Kiszyniowe, był jednak znacznie lepiej od niego utrzymany. Śniadania „w cenie noclegu” też okazały się baaardzo zróżnicowane. Od skromnych, ale przyzwoitych szwedzkich stołów – po wydzielane porcje, podawane – także dania gorące – do stołu niezależnie od tego, czy ktoś już przy nim siedzi.
 
Przy czyn typowo „radzieckie” zestawy: makaron z kotletem mielonym, głównie z bułki, naleśnik (1) z dżemem i mała filiżanka herbaty. Dla głodnych zaś dodatkowo chleb. W ostatnim dniu podróży było już tylko krótkie zwiedzanie Tarnopola i zamku Sobieskich w Złoczowie – o obu napiszę osobno.
 
Przejazd przez Zborów, pod którym w 1649 roku stoczono jedną z ważnych bitew, a obelisk na wzgórku przypomina zawarty pokój. W sumie przede wszystkim jednak długa, blisko 700-kilometrowa jazda podłymi drogami. Ponownie odprawy graniczne w Krakowcu – Korczowej z tym samym pytaniem: czy kibice Euro 2012 też będą stać na nich po 2 godziny mimo iż przed ich autokarem nie ma kolejki innych?
 
W Polsce, już pod Lublinem, najlepsza podczas całej podróży kolacja w Siedlisku Folkloru „Marzanna” u gościnnych Marzanny i Władka Boruchów. I późny powrót do Warszawy. W sumie była to podróż udana pomimo kapryśnej pogody która, oprócz trochę zbyt ambitnego planu, nie pozwoliła na zrealizowanie go w całości.
 
M.in. zobaczenie Odessy od strony morza czy dokładniej niektórych miast i zabytków. Tyle na razie w szybkiej relacji z tego wyjazdu. Wkrótce napiszę bardziej szczegółowe o najciekawszych miejscach i obiektach w których byliśmy.
 
Zdjęcia autora

Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com