PODRÓŻE GLOBTROTERA: PIĘĆ DNI NAD BAŁTYKIEM

Był to jeden z najdłuższych, bo aż 5-dniowy, krajowy wyjazd studyjny SD-P „Globtroter”. Zaś głównym celem tej podróży oraz bazą pobytową stało się, na zaproszenie jego właścicieli i kierownictwa, Sanatorium „Panorama Morska” w Jarosławcu nad Bałtykiem. Z Warszawy czy Łodzi, nie mówiąc już o Lublinie, a nawet Szczecinie, skąd także dotarli, w sumie ponad 20-tka uczestniczek i uczestników tej study tour, jedzie się tam długo.
 
Po drodze, ale także w trakcie pobytu w Jarosławcu, odwiedziliśmy również inne ciekawe miejsca. Ale o nich za chwilę. „Panorama Morska”, używająca nazw zarówno Sanatorium, jak i Heath Resort & Medical SPA oraz Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej – Pomorskie Centrum Rehabilitacji, Zdrowia i Urody, jest dużym kompleksem wypoczynkowo – leczniczym.
 
Znajduje się ona w centrum Jarosławca, miejscowości wypoczynkowej na Wybrzeżu Słowińskim nad Bałtykiem. Formalnie wsi w gminie Postomino w województwie zachodniopomorskim, leżącej między jeziorami Wicko i Kopan, kilkaset metrów od brzegu morza. Na powierzchni 12 ha starannie zagospodarowanego terenu znajduje się kilka dużych budynków hotelowych oraz cały zespół luksusowych, całorocznych murowanych domów kempingowych.
 
Są też obiekty sanatoryjno – lecznicze, centrum SPA, największy nad polskim morzem Aquapark, ogródki jordanowskie, oczka wodne itp. Ośrodek przyjmuje w szczycie sezonu letniego równocześnie około tysiąca kuracjuszy i urlopowiczów. Ale nawet obecnie wypełniony był w około połowie. Lokowani są oni w jednym z 234 pokojach hotelowych oraz 160 we wspomnianych już domach kempingowych trzech typów na terenie zadrzewionym.
 
Wyposażonych, poza łazienkami i lodówkami, także w TV satelitarną, bezprzewodowy Internet, telefony oraz sejfy. Oprócz głównej sali konsumpcyjnej – Restauracji Laguna, na terenie Aquaparku są dwie nowe restauracje La Costa i Tropicoco. Dodatkowo zaś, w sezonie letnim, domki gastronomiczne. Wyżywienie podstawowe jest bardzo dobre i urozmaicone.
 
Szerokim wybór potraw serwowany jest w systemie szwedzkiego stołu. Co dla wielu gości, zwłaszcza niepełnosprawnych z ubogich środowisk, jest czymś zupełnie nowym i dodatkową atrakcją. Jak nas poinformował dyrektor „Panoramy Morskiej” Leszek Haratyk, z którym oraz jego żoną Danutą mieliśmy kilka oficjalnych i nieoficjalnych spotkań, ośrodek stanowi własność prywatną.
 
Działa od 1995 roku na terenie wykupionego b. ośrodka wypoczynkowego warszawskich Zakładów Radiowych im. Kasprzaka i sąsiednich innych zakładów pracy. Rocznie przyjmuje około 16 – 20 tys. gości. – Powstało coś, czego dotychczas w Polsce nie było – usłyszeliśmy na inauguracyjnym spotkaniu z kierownictwem obiektu. Nie pojedynczy budynek sanatoryjny na malej działce, jak bywa to zazwyczaj, lecz cały duży, strzeżony kompleks z którego nie trzeba wychodzić, bo wszystko jest na miejscu.
 
Nie do końca jest to ścisłe, bo brak np. kiosku z gazetami, nie wspominając już o bibliotece, z której korzystałaby zapewne przynajmniej część gości, ale tutejsza oferta wypoczynkowo – lecznicza jest rzeczywiście imponująca.
 
Ośrodek specjalizuje się przede wszystkim w organizowaniu 7 i 14 – dniowych turnusów rehabilitacyjnych dla osób – zwłaszcza młodzieży – niepełnosprawnej fizycznie i psychicznie, pod kątem przywracania im sprawności fizycznej, psychicznej i społecznej oraz przygotowywania do samodzielnego życia na miarę ich możliwości psychofizycznych.
 
Dotyczy to pacjentów ze schorzeniami narządów ruchu – w tym poruszających się na wózkach inwalidzkich, wzroku, słuchu, z upośledzeniem umysłowym, chorobą psychiczną, epilepsją czy dziecięcym porażeniem mózgowym. A także innymi schorzeniami neurologicznymi, chorobami układu krążenia, oddechowego, przemiany materii itp. Sposób w jaki odbywa się ta rehabilitacja, a mogliśmy obserwować to na każdym kroku, jest imponujący.
 
Pacjenci doskonale integrują się nie tylko między sobą, ale także z osobami które przyjechały tylko na wypoczynek. To zasługa nie tylko personelu medycznego, ale również codziennych, otwartych imprez rozrywkowo – integracyjnych. Dodam, że sanatorium ma gabinety doskonale wyposażone w nowoczesny sprzęt leczniczo – rehabilitacyjny.
 
Informacja, którą otrzymaliśmy na piśmie o stosowanych w nim zabiegach rehabilitacyjnych, fizykoterapeutycznych, balneologicznych, kinezoterapii, krioterapii – do dyspozycji pacjentów i wczasowiczów jest komora z temperaturami od minus 100 do – 160 stopni C, hydroterapii, masażach itp. to 14 stron drobnego druku.
 
Pokazano nam całe to zaplecze, podobnie jak dobiegającą końca – do użytku oddany zostanie jeszcze przed letnim sezonem – budowę nowego obiektu, w którym będą m.in. sauny. W planach jest budowa krytego basenu. Sanatorium nie przyjmuje pacjentów ze skierowaniami NFZ, gdyż Jarosławiec nie ma statusu uzdrowiska. Świadczy natomiast usługi rehabilitacyjne mieszkańcom regionu jako NZOZ.
 
Drugim z najważniejszych kierunków działania ośrodka jest przyjmowanie osób przyjeżdżających na wypoczynek, ale chętnie łączących go z zabiegami SPA. Odbywa się to w osobnym budynku na terenie dostępnego także dla osób nie mieszkających w „Panoramie Morskiej” Aquaparku, znajdującego się na jej obrzeżu.
 
Także z nowoczesnym wyposażeniem oraz ofertą całej gamy zabiegów odmładzających skórę, poprawiających samopoczucie, upiększających oraz relaksujących. Oczywiście prowadzonych przez wykwalifikowanych masażystów i kosmetyczki. Podkreśla się, że wszystkie zabiegi przeprowadzane są z użyciem kosmetyków sprawdzonych, znanych i cenionych marek, w oparciu o nowoczesne rozwiązania technologiczne.
 
Mieliśmy zresztą okazję przetestować to dosłownie na własnej skórze i mięśniach. Ważne – chyba również finansowo, chociaż o tym nie mieliśmy okazji rozmawiać z gospodarzami – miejsce w działalności ośrodka zajmują organizowane w nim konferencje i imprezy okolicznościowe. Do dyspozycji tej kategorii klientów jest 5 sal konferencyjnych z pełnym wyposażeniem multimedialnym.
 
W sumie na 500 osób, przy czym są to pomieszczenia łatwe do zamieniania w sale bankietowe. „Panorama Morska” organizuje bowiem również firmowe imprezy integracyjne, bankiety, wesela, przyjęcia z okazji chrzcin czy pierwszej komunii.
 
Sale konferencyjne zlokalizowane są – i to uważam za ich dodatkowy plus – na uboczu od budynków hotelowych, a w pobliżu domków, z których przeważnie korzystają uczestnicy takich imprez. Nie brak także, dla gości ośrodka, różnorodnych imprez rozrywkowo – kulturalnych. Np. wybory Miss i Mistera, festiwale piosenek, wieczory tematyczne przy muzyce z poczęstunkiem itp.
 
Podczas naszego pobytu odbyło się ich kilka, m.in. „Królewskie wesele”, i cieszyły się dużym zainteresowaniem. Także pacjentów niepełnosprawnych, którzy mieli dodatkową okazję – i świetnie ją wykorzystywali, do integracji między sobą oraz z pozostałymi uczestnikami. Dużą atrakcję w ośrodku stanowi wspomniany już Aquapark.
 
Działający od 2008 roku od 24 kwietnia do 7 października. Z kompleksem basenów zewnętrznych z podgrzewaną wodą, o łącznej powierzchni około 1500 m. kw. W kompleksie tym znajdują się: basen „z rwącą rzeką” ze zjeżdżalniami i kilkoma stanowiskami do masażu karku, basen ze sztuczną falą – wg. zapewnień gospodarzy największy, o powierzchni lustra wody 770 m kw., w Polsce, zaopatrzony w gejzery wodne.
 
A także 2 baseny wielofunkcyjne ze zjeżdżalniami. Ponadto sztuczne groty z wodospadami. Między nimi stoją plastykowe (podobnie jak rośliny w barze) palmy, co ma stwarzać poczucie pobytu w tropikach. Taka zresztą nazwa: „Tropiki Nad Polskim Morzem” znajduje się w wydanym na br. folderze – cenniku.
 
Aquapark dostępny jest bezpłatnie dla osób zakwaterowanych w „Panoramie Morskiej”, odpłatnie zaś dla ludzi z zewnątrz. W zależności od terminu i pory dnia, 1,5-godzinny pobyt dla osób indywidualnych kosztuje 25 – 35 zł plus po 1 zł za każde następne rozpoczęte 3 minuty. Są też bilety całodniowe, karnety 10-dniowe, specjalne zniżki dla uczestników kolonii letnich i wycieczek szkolnych. Więcej informacji na temat zarówno Aquaparku jak i całej „Panoramy Morskiej” znaleźć można na www.panorama-morska.pl.
 
Jest to największy, ale nie jedyny obiekt wypoczynkowo – sanatoryjny w Jarosławcu. Dawnej wsi rybackiej o rodowodzie sięgającym, w dokumentach, roku 1459. Wiadomo, że w połowie XVI w należała ona do darłowskiej domeny książąt zachodniopomorskich. Wiek później, w osadzie nazywającej się wówczas Jarsthoffde, mieszkało zaledwie 4 kmieci, 7 zagrodników i 17 parobków.
 
Mieszkańcy zajmowali się rybactwem i zbieraniem bursztynu oraz… łupów z rozbitych statków. Pierwszą latarnię morską, ostrzegającą przed tutejszym wysokim brzegiem morskim wybudowano, i to 380 m od brzegu, na skraju wsi dopiero w 1830 roku. Okazała się za niska zbudowano więc nową, zachowaną do naszych czasów. 4-kondygnacyjną, o wysokości ponad 33 m. Działające od blisko 40 lat światła nowego rodzaju widoczne są z odległości 24 mil morskich.
 
Dzieje tej osady nie są znane zbyt szczegółowo. Prawdopodobnie w pewnym momencie została zniszczona lub opuszczona, bo w 1775 roku została założona ponownie, jako wieś z ulicami. W 90 lat później rozpoczęła się jej kariera jako kąpieliska. W latach międzywojennych była wsią letniskową zabudowaną głównie malowniczymi chatami rybaków i domami szachulcowymi.
 
Zachowało się ich niewiele, na kilku widziałem tabliczki „Do sprzedania”. We współczesnym Jarosławcu jest kilka większych, 2 – 4 piętrowych domów wczasowych, trochę mniejszych oraz sporo niebrzydkich, nowych jednorodzinnych, ale z pokojami wynajmowanymi w sezonie urlopowiczom. W sumie kilka ulic z główną, pełniącą rolę „centrum” wzdłuż morza, ale trochę od niego odsuniętą na wysokim klifie.
 
Ze sklepami i lokalami gastronomicznymi. Cała miejscowość robi jednak wrażenie zabudowywanej chaotycznie, bez planu przestrzennego. Mieliśmy okazję objechać ją wozem konnym, a także oglądać indywidualnie pieszo. Leży na niewielkim wybrzuszeniu lądu w kierunku północnym, nazywanym z tego powodu nawet przesadnie „półwyspem”.
 
Ponieważ plaża położona jest dosyć daleko od portów, a kilka miejscowych, małych kutrów rybackich nie jest w stanie jej zbyt zabrudzić, woda w morzu jest czysta. Tutejsza plaża jest co prawda piaszczysta, chociaż z kamieniami i betonowymi gwiazdoblokami hamującymi podmywanie klifu przez fale, ale dosyć wąska.
 
Ładne są natomiast klifowe wzgórza o kilkunastometrowej wysokości porośnięte drzewami, krzewami i drobniejszą roślinnością. Jarosławiec może też być dobrym punktem wypadowym na wycieczki. Co prawda w jego pobliżu, tj. w promieniu kilku kilometrów znajduje się zaledwie kilka wartych uwagi kościołów, m.in. gotyckie, ale w większości przebudowanych później.
 
Ale trochę dalej jest m.in. Ustka, Darłowo, Słupsk, Koszalin oraz parę innych miejscowości wartych poznania. Jak już wspomniałem na wstępie, podczas tej podróży odwiedziliśmy również kilka innych miejscowości.
 
W drodze nad morze zajechaliśmy, na zaproszenie właścicieli, państwa Karoliny Gołębiowskiej i Kazimierza Stępniaka, do ich pałacu w Grąbkowie leżącym między Słupskiem i Lęborkiem. Zasługuje on na obszerniejszą prezentację, napiszę więc o nim wkrótce trochę obszerniej. Teraz wspomnę tylko, że został on pięknie wyremontowany i wyposażony.
 
Uwagę w nim zwraca m.in. ładna sala herbowa z kominkiem, sala rococo – obecnie restauracyjna i kilka innych. W saloniku z japońskimi meblami stoi m.in. pięknie rzeźbiona w drewnie, inkrustowana i malowana w kwiaty szafa – sekretarzyk. W innej sali – wysoki aż do sufitu piec kaflowy zakończony, podtrzymywanymi przez amorki orłem Prus i przez stylizowanych na antycznych młodzieńców orłem Rzeszy ( weimarskiej ).
 
Pałac otacza spory, stary ogród. Dotychczas pałac wykorzystywany był na organizowanie różnego rodzaju okolicznościowych imprez. Obecnie gospodarze zamierzają przekształcić go w hotel oraz miejsce wypoczynku w warunkach ekologicznych, z niewielką własną restauracją. Obsługą gastronomiczną większych imprez, tak jak dotychczas, zajmować się będzie słupska restauracja i kawiarnia „Atmosphère”.
 
Słynie ona ze znakomitej, podobno najlepszej w tym mieście kuchni. Chyba zasłużenie, gdyż smak świetnie zrobionej zupy – kremu z szyjek rakowych, a zwłaszcza dorsza na szpinaku pod beszamelem, jakie zaserwowano nam na proszonym obiedzie, na bardzo długo pozostanie we wspomnieniach.
 
Z Jarosławca zrobiliśmy kilkugodzinny wypad do Bytowa, na zaproszenie Leszka Gierszewskiego, prezesa jednej z największych w Europie fabryki drzwi i okien „Drutex S.A.”. Była to nasza rewizyta, gdyż w lutym gościliśmy w Globtroterze przedstawicieli tej firmy, a jej obszerna prezentacja nadal jest do przeczytania w naszym portalu. Niestety, szef nie mógł wówczas przyjechać do Warszawy.
 
W Bytowie oprowadził nas po swoich „włościach”. Ogromna fabryka i świetnie zorganizowana w niej praca robi wrażenie. Podobnie jak szeregi załadowanych gotowymi wyrobami samochodów ciężarowych, każdy w wartości ponad pół miliona złotych, gotowych do wyruszenia do klientów. A spółka posiada prawie 160 nowoczesnych pojazdów.
 
Taka „wizja lokalna”, to jednak znacznie lepsza możliwość poznania zakładu, niż słuchanie lub czytanie informacji o nim, czy nawet obejrzenie prezentującego go filmu. A wkrótce powstanie, również w Bytowie, druga fabryka – Europejskie Centrum Stolarki Okienno – Drzwiowej. Kupiono pod nią, za prawie 7 mln zł, ponad 21 ha ziemi. Inwestycja ta co najmniej podwoi możliwości produkcyjne spółki.
 
A już obecnie wytwarza ona około 5 tys. okien na dobę, będąc ich jednym z największych producentów w Europie. „Drutex” podsumował właśnie swoją działalności w I kwartale 2012 roku. Wpływy spółki ze sprzedaży wzrosły w tym okresie, w porównaniu do I kwartału 2011 roku, o 39% przekraczając wcześniejsze założenia.
 
Przy czym w przypadku rynku krajowego wzrost ten był nawet 41% pomimo mającego miejsce spowolnienia gospodarczego w tej branży zarówno w kraju jak i na naszym kontynencie. Dodam, że rok 2011 firma zamknęła sprzedażą na kwotę 385 mln zł, eksportując połowę swoich wyrobów. Wysyła je nie tylko do krajów europejskich, ale także do USA, Kanady, Meksyku, Australii i na Daleki Wschód.
 
Obecnie „Drutex S.A.” wprowadza na rynek nową generację okien z najnowocześniejszymi szybami o powłokach niskoemisyjnych. Nie znam się na tym, wspomnę więc tylko opierając się na informacjach jakie otrzymaliśmy, że stanowią one najwyższe standardy w efektywności energetycznej, dostępu światła dziennego oraz współczynnika przenikalności termicznej.
 
Wyznacza to nowe trendy wysoko-energooszczędnej stolarki okienno-drzwiowej na świecie. Zainteresowanych bardziej szczegółowymi informacjami na ten temat i w ogóle o firmie odsyłam na jej strony: www.drutex.eu. Część nieoficjalna pobytu w „Drutexie” odbyła się w stylowej restauracji hotelu mieszczącego się w dawnym zamku krzyżackim w Bytowie.
 
Przy obficie zastawionych stołach, z dwuosobowym, multiinstrumentalnym zespołem muzycznym oraz z tańcami. Oboje muzycy, zwłaszcza grający m.in. na akordeonie i śpiewający w kilku językach, osiadły w Polsce od lat Ukrainiec Włodzimierz Drozd, na co dzień analityk rynku, znakomicie umilali nam czas.
 
Wołodia, bo lubi jak się go tak nazywa, niezależnie od ścisłego umysłu ma również duszę artystyczną. Nie tylko gra i śpiewa, ale także maluje i rzeźbi.
Jego autorstwa jest m.in. Gryf Pomorski pięknie wykuty w głazie leżącym przed zamkiem, który mi pokazał w wolnej chwili.
 
W drodze powrotnej z Jarosławca, piątego dnia tej podróży studyjnej, większość jej uczestników zboczyła trochę z trasy, aby na zaproszenie p.p. Pajewskich, właścicieli 4* Hotelu Apollo w Darłówku Wschodnim zwiedzić ten zabytkowy, fantastycznie usytuowany obiekt. Zbudowano go dwa wieki temu nad samym Bałtykiem, tuż przy plaży, z pięknymi widokami na morze.
 
Niewielki, dysponuje bowiem tylko 17 komfortowymi pokojami 1 i 2 osobowymi, restauracją z doskonałą – o czym mogliśmy się przekonać – kuchnią i dwupoziomową kawiarnią widokową, został pieczołowicie odrestaurowany. Zabytkowe pomieszczenia wyposażono w klimatyzację, luksusowe łazienki, ładne meble, oczywiście telewizory LCD, łącza internetowe itp.
 
Zaprojektowana 200 lat temu sala balowa pozwala na tańce równocześnie około 100 osób. Parkiet taneczny jest oczywiście dębowy, emperador otoczony marmurem. Do tego ładnie dobrano weneckie oświetlenie. Na balkonowe antresole prowadzą stylowe schody, z których – z poziomu głównego żyrandola – można zarówno obserwować zabawę na dole, jak i rozgwieżdżone wieczorem niebo ponad tarasem widokowym.
 
Dwie sale: duża na 80 – 100 osób w zależności od potrzeb, a zarazem bankietowa na 60 osób oraz mniejsza, zwana widokową, na 30 – 50 miejsc pozwalają organizować konferencje, zjazdy, szkolenia oraz różnego rodzaju spotkania biznesowe, towarzyskie, rodzinne itp. Moją uwagę zwrócił także cały cykl interesujących obrazów umieszczonych w salach, na korytarzach oraz w pokojach. Więcej informacji na temat tego hotelu znaleźć można na www.hotelapollo.pl.
 
Mimo dosyć kapryśnej pogody, zwłaszcza chłodów i nadmorskich wiatrów, które poprzedziły gwałtowny „wybuch” lata w ostatnich dniach kwietnia, była to kolejna, bardzo udana, krajowa studyjna Podróż Globtrotera.
 
Zdjęcia autora

Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com