PODRÓŻE GLOBTROTERA: ZIEMIA SŁUPSKA, CZYLI KRAINA W KRATĘ

Zaczęło się od spływu kajakowego rzeką Słupią, a później było już tylko coraz bardziej ciekawie. Tak, parafrazując znane słowa Hitchcocka jak powinien wyglądać thriller, można najkrócej streścić dziennikarską podróż studyjną po Ziemi Słupskiej, czyli Krainie w Kratę.
 
Zorganizowała ją Pomorska Regionalna Organizacja Turystyczna w Gdańsku, a wśród jej dwanaściorga uczestników i uczestniczek byli tym razem wyłącznie członkowie Stowarzyszenia Dziennikarzy – Podróżników „Globtroter”.
 
Pomimo końcówki okresu wakacyjnego, chętnych do udziału w niej znalazło się o wiele więcej. Program był bowiem bardzo ciekawy, warunki podróży, z dolotem z Warszawy samolotem do Gdańska luksusowe, podobnie jak zakwaterowania i wyżywienia. Pogoda okazała się wspaniałą. Wyjazd ten był jednak zdecydowanie za krótki.
 
Trwał niewiele ponad dwie doby i naprawdę z bólem serca tylko pobieżnie mogliśmy zapoznać się z większością zaproponowanych przez gospodarzy miejsc, zabytków i obiektów. Zwłaszcza, że piętro – dwa wyżej lub niżej, jak np. w Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku znajdowały się prawdziwe skarby.
 
A my musieliśmy ograniczyć się do obejrzenia tylko jednej, chociaż bardzo ciekawej części ekspozycji. Bądź w tempie „japońskim” przebiegać przez zabytki czy świątynie, lub wręcz tylko przechodzić obok nich. A nawet w ogóle do nich nie dotrzeć, gdyż znajdowały się poza ustaloną trasą i nie starczyło czasu aby z niej zboczyć. Mimo, iż pozostał ogromny niedosyt i tak wrażeń było mnóstwo.
 
Przynajmniej kilka miejsc i obiektów w których, byliśmy zasługuje na szerszą prezentację, co zapowiadam wkrótce. Ograniczając się na razie do ogólnej relacji z tej podróży. Naszą bazą noclegową był znany hotel i ośrodek Spa „Dolina Charlotty” w Strzelinku, w pobliżu Ustki.
 
Program turystyczno – poznawczy rozpoczął się, jak już wspomniałem, od krótkiego, 1,5 – godzinnego spływu kajakowego po Słupi na trasie Bydlino – Wodnica. Miejsce jego startu okazało się wyjątkowo piękne. Skąpane w zieleni i kwiatach na brzegu dosyć wartkiej w tym miejscu rzeki.
 
Z mety w Wodnicy szybko dojechaliśmy do Swołowa, jednej z atrakcji, o której napiszę trochę szerzej osobno. To ta wieś, w której realizowany jest, kosztujący niemal 5,8 mln zł i finansowany w prawie 73% ze środków unijnych, projekt „Wzmocnienie potencjału turystycznego „Krainy w kratę” – rekonstrukcja zagrody Albrechta w Swołowie”.
 
Termin ten, określający obszar Pomorza Środkowego którego dominującym elementem krajobrazu wiejskiego jest zachowane XVIII-XIX – wieczne budownictwo szkieletowe, wymyślono dopiero w 1996 roku. Stanowi on jego znakomitą charakterystykę.
 
Domy, stodoły, spichrze, kuźnie, a nawet dwory, kościoły i kilkupiętrowe budynki w miastach zbudowane jako drewniane, pomalowane na czarno konstrukcje wypełnione białymi ścianami, spotykaliśmy w trakcie tej podróży nie tylko na wsiach, ale także m.in. w Ustce i Słupsku. W Swołowie, wsi zbudowanej na planie owalu dookoła stawu, o której najstarsze wzmianki pochodzą z roku 1230 (!) zachowało się ich sporo.
 
Już 15 z nich należy do tutejszego oddziału Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku i stale przybywają nowe. Są wśród nich domy mieszkalne, stodoły, kuźnia, remiza, dom chlebowy oraz gospoda. Mieliśmy okazję zapoznać się z najważniejszymi, ich historią oraz rekonstrukcją.
 
Obejrzeliśmy umieszczone w przystosowanych do tego dawnych stodołach ciekawe wystawy: „Kraina w kratę”, „Historia magistra Vitae est” oraz „Tradycje tkactwa na Pomorzu”. Otrzymaliśmy też sporo publikacji na temat ocalania dziedzictwa przeszłości tej ziemi. Pyszny był obiad – placki ziemniaczane wypełnione mięsem – w regionalnej „Gospodzie pod Wesołym Pomorzaninem” mieszczącej się w jednym z budynków Zagrody Albrechta.
 
Ma ona w menu mnóstwo smakowitych dań zarówno pomorskich np. żurek na gęsinie, jak i bardziej kojarzących się ze Wschodem, z którego po zmianie granic Polski w 1945 roku przybyli tu nowi osadnicy. Zamówić więc można także chłodnik, pierogi z kaszą gryczaną, serem i sosem z kurek, pierogi ruskie z sosem miętowym, pielmieni, bliny gryczane ze skwarkami, bliny z jagodami lub porzeczką, czy zawijańce z młodej kapusty.
 
Być może źródłem takiego menu jest również młoda Białorusinka Ksenia która nas obsługiwała, mieszkająca od dawna z rodziną w Polsce. Ale jest to gospoda warta polecenia, podobnie jak i muzeum na terenie którego działa.
 
Popołudnie tego obfitującego w atrakcje dnia spędziliśmy w Ustce. Poznając „w biegu”, z przewodnikiem Marcinem Barnowskim, to miasto, w którym część z nas była po raz pierwszy, a większość dosyć dawno. Przejście głównymi ulicami tego uzdrowiska oraz miasta wypoczynkowego, rybackiego i portowego, które powoli zaczyna już zamierać po letnim wakacyjnym szczycie, pozwoliło zobaczyć jak bardzo jest zadbane i atrakcyjne.
 
Widzieliśmy sporo „domów w kratę”, tradycyjnych willi, blokowych „pamiątek po PRL” i nowego budownictwa. Wpadliśmy na chwilę, bo trudno to inaczej określić, do Muzeum Ziemi Usteckiej, aby zobaczyć najważniejsze w nim eksponaty, a przy okazji wystawę sztuki o tematyce erotycznej.
 
Z zewnątrz „rzuciliśmy oczami” na kościół p.w. Najświętszego Zbawiciela, stare spichlerze, pomnik miejscowej Syrenki nad kanałem portowym oraz zacumowane w nim statki rybackie i okręt wojenny. Podziwialiśmy piękną panoramę miasta, morza oraz plaży z 21 – metrowej wysokości latarni morskiej zbudowanej w 1892 roku.
 
Nasz przewodnik sporo uwagi poświęcił nowej, dopiero właściwie powstającej, atrakcji Ustki – rewitalizowanym poniemieckim bunkrom Baterii Luftwaffe Blüchera na wydmach po zachodniej stronie kanału portowego, w pobliżu trzeciego mola. Kolację mieliśmy w restauracji o zachęcającej nazwie „Siódme Niebo” mieszczącej się w piękne utrzymanym, 3-piętrowym domu w centrum Starej Ustki.
 
Podobno najlepszej w mieście, chociaż nie tylko mnie jej menu, owszem, ciekawe i smaczne, nie powaliło jednak na nogi. Główną atrakcją była jej specjalność: gorąca przystawka „Ale ryba”. Wielki, 4-kilogramowy łosoś pieczony w grubej warstwie soli morskiej. A następnie podawany z całym ceremoniałem rozbijania na oczach gości tego słonego, białego pancerza i wydobywania z niego porcji. Oryginalne, niezłe, ale jadałem jednak smaczniejsze łososie.
 
Dania główne do wyboru: „Polędwiczki wieprzowe w sosie winno-balsamicznym i do tego ziemniaki puree” lub „Dorsz smażony na maśle podawany z ratatouille warzywnym, sosem pomidorowo-bazyliowym i ziemniakami gotowanymi” oraz deser „Creme brulee” z informacją: „Panna Cotta to XIX-wieczny deser z Piemontu podany tym razem z syropem z zielonej szyszki sosny” poza nazwami nie wyróżniały się niczym szczególnym.
 
Popołudnie i wieczór w Ustce zakończyliśmy spacerem po, dosyć jeszcze ruchliwym jak na koniec wakacji i nieźle oświetlonym mieście. Ostatnim akordem było obejrzenie – niektórzy nawet na niej siedli – pomniczka–ławeczki Ireny Kwiatkowskiej, która podobno często bywała w tym uzdrowisku.
 
Z doszukaniem się podobieństwa odlanej w brązie postaci do tak znanej i charakterystycznej twarzy aktorki – „kobiety pracującej, która żadnej pracy się nie boi” – mieliśmy trochę problemów. Może było już za ciemno. Ale wiemy przynajmniej, że moda „na ławeczki” dotarła także do Ustki. W roku przyszłym ma przybyć kolejna – piosenkarki, poetki i aktorki Agnieszki Osieckiej. Ona też tu bywała…
 
Ostatni dzień, faktycznie tylko pół, bo o 14.00 musieliśmy już jechać do Gdańska na lotnisko, spędziliśmy w Słupsku. W nim szczególnie, chyba nie tylko ja, odczuwałem niedosyt wrażeń. Przed neogotyckim ratuszem, aktualnie częściowo w remoncie, powitali nas przedstawiciele miasta oraz jego maskotka Niedźwiadek Szczęścia.
 
Żywy i podobny – przynajmniej rozmiarami – do zakopiańskich (i z filmu Barei) białych niedźwiedzi, ale z bardzo ładną historią. W roku 1887 w okolicach Słupska znaleziono figurkę niedźwiadka z bursztynu. Według ówczesnych badań był to amulet łowcy niedźwiedzi, a wiek znaleziska określono niezbyt precyzyjnie, co zresztą w przypadku bursztynu nawet obecnie nie jest proste, na lata od 1700 do 650 r. p.n.e.
 
Nie zmienia to faktu, że Niedźwiadek był i jest o wiele starszy od miasta, którego stał się znakiem rozpoznawczym. Jego kopię można zobaczyć, co oczywiście zrobiliśmy, na I piętrze ratusza, obok eksponowanego klucza ozdobionego 12 bursztynami. On z kolei symbolizuje wejście Polski d Unii Europejskiej.
 
Doskonale zachowane – to rzadkość w naszym kraju – neogotyckie wnętrza ratusza z 1901 r., z kolumnami oraz łukowymi sklepieniami korytarzy, gabinet burmistrza, sala obrad rady miasta itp. są bardzo ciekawe. A ze szczytu ratuszowej wieży roztacza się ładna, szeroka panorama miasta i jego okolic.
 
Z zabytków gotyckich na pierwszym planie widać Bramę Nową z II połowy XIV wieku, wzbogaconą w 1650 r. o barokowy, metalowy hełm. W przeszłości mieściło się w niej więzienie, przędzalnia, warsztaty wojskowe. A po II wojnie światowej Muzeum Miejskie oraz Pracownia Sztuk Plastycznych. Obecnie na parterze jest sklep z dziełami sztuki i udającymi je pamiątkami.
 
W dalszej panoramie miasta wyróżniają się cztery dominanty. Gotycki, trójnawowy Kościół Mariacki z II połowy XIV w. z masywną wieżą na planie kwadratu. Trochę dalej cienka, strzelista wieża podominikańskiego kościoła św. Jacka, też gotyckiego z tego samego wieku oraz sąsiadująca z nim jego rówieśnica, 6-piętrowa Brama Młyńska odbudowana po zniszczeniach wojennych.
 
Obecnie mieści się w niej pracownia konserwatorska Muzeum Pomorza Środkowego. Te zabytki, a także zbudowaną w XV w. ceglaną Basztę Czarownic i kilka młodszych, m.in. Zamek Książąt Pomorskich z pocz. XVI w. oraz parę budowli sztachulcowych, wśród nich XVIII w. Spichlerz Richtera, zdołaliśmy zobaczyć. Do kościołów nawet wejść na chwilę.
 
Poza przewidzianą dla nas trasą zwiedzania znalazła się natomiast czwarta dominanta widoczna z wieży ratusza. Niegdyś kościół klasztorny norbertanek p.w. św. Mikołaja, gotycki z XIV w. odbudowany po II wojnie światowej – obecnie Biblioteka Miejska. Wyróżnia się wysoką, niezbyt masywną wieżą na planie kwadratu, zakończoną w narożnikach, to także dosyć rzadkie w naszym kraju, małymi, również kwadratowymi wieżyczkami.
 
Zobaczenie jej z bliska trzeba było jednak odłożyć do innej okazji. W Muzeum Pomorza Środkowego mieszczącym się w Zamku Książąt Pomorskich czekała na nas już bowiem przewodniczka po wystawie twórczości plastycznej Witkacego – Stanisława Ignacego Witkiewicza. Zaś po niej, w mieszczącej się w piwnicach zamku restauracji „Anna de Croy”, pożegnalny obiad.
 
Kolekcja Witkacego stanowi chlubę muzeum i miasta. Jest bowiem największą tego artysty nie tylko w kraju, ale i na świecie. Liczy bowiem 233 pozycje. Zarówno dominujące w jego twórczości portrety malowane pastelami na papierze, jak i rysunki, dwa portrety wykonane węglem, kilka obrazów olejnych i jedną akwarelę. Reprezentują one wszystkie okresy i fazy twórczości autora.
 
Kolekcję tę muzeum zaczęło tworzyć kupując w 1965 roku 110 pasteli Witkacego od mieszkającego wówczas w Lęborku Michała Białynickiego-Biruli, syna Teodora, zakopiańskiego lekarza i przyjaciela artysty. W latach następnych dokupiono kilkanaście kolejnych rysunków i portretów od rodziny innego związanego z nim inżyniera i fotografa, Józefa Jana Głogowskiego.
 
Ostatnim dużym uzupełnieniem zbioru było pozyskanie w 1974 roku 40 kolejnych prac od Włodzimierza Nawrockiego – dentysty zaprzyjaźnionego z Witkacym, który nimi rewanżował się za usługi stomatologiczne. Kolekcja była i jest stale uzupełniania w miarę możliwości finansowych muzeów. Znajdują się w niej również plakaty, rękopisy, dokumenty itp.
 
W stałej ekspozycji w dwu salach na II piętrze eksponowanych jest ponad 100 prac, częściowo zmienianych co kilkanaście miesięcy. Niestety w fatalnych warunkach. Pastele nie lubią światła, jest więc ono oszczędne. Przy czym obrazy i rysunki powieszone kilkupiętrowo jedne nad drugimi znajdują się za szkłem dającym odblaski.
 
Dokładniejsze obejrzenie niemal czegokolwiek okazuje się więc praktycznie niemożliwe. O fotografowaniu z oczywistych względów nie ma mowy. Muzeum spodziewa się jednak poprawy warunków lokalowych, będzie więc szansa na oglądanie prac Witkacego w bardziej sprzyjających warunkach. Jest to najsławniejsza kolekcja słupskiego muzeum.
 
Ale oprócz niej posiada ono i eksponuje inne prawdziwe skarby – książąt pomorskich. M.in. piękne XVII-wieczne, roboty gdańskich mistrzów, cynowe sarkofagi księżny Anny de Croy i ks. Ernesta Bogusława de Croy, haftowane chorągwie z tamtej epoki itp. Ponadto dawną sztukę Pomorza od XIV do XVIII w.
 
Są wśród niej średniowieczne rzeźby, późnogotycki poliptyk też gdańskiej roboty, holenderskie gobeliny, średniowieczne zbroje i broń, kielichy mszalne i inne akcesoria kościelne, gdańskie meble, zabytki kowalstwa artystycznego. Obejrzeć można również porcelanę znanych manufaktur: miśnieńskiej i berlińskiej, fajanse z Delft, obrazy oraz grafikę.
 
Muzeum posiada w zbiorach m.in. kilka grafik Daniela Chodowieckiego (1726-1801). A w sąsiadującym z Zamkiem Książąt Pomorskich Młynie Zamkowym eksponowana jest dawna i współczesna sztuka i rękodzieło ludowe Pomorza Środkowego. Sporo ciekawych dzieł sztuki znajduje się również w zabytkowych świątyniach.
 
Mam więc, i nie tylko ja, prawo odczuwania niedosytu. Tyle bowiem pięknych oraz ciekawych zabytków i obiektów znajdowało się w zasięgu ręki, ale na poznanie ich zabrakło czasu. Może uda się je zobaczyć przy następnej okazji. Pomimo jednak tego mankamentu, ta study tour była bardzo udana, ciekawa, dobrze przygotowana i zorganizowana.
 
Za co naszym gospodarzom należą się podziękowania. Podczas zwiedzania dopisywał nam humor, były również momenty "historyczne". Np. w Słupsku koło Bramy Nowej i stojącego tam zabytkowego tramwaju, które kursowały kiedyś po mieście, stoi jarmarcznego typu płótno z namalowanymi postaciami książąt pomorskich i otworami na twarze. Skorzystali z tego niektórzy uczestnicy tej podróży.
 
M.in. Zbyszek Buczkowski, popularny aktor i członek honorowy SD-P "Globtroter" "wcielił się" w postać ks. Boguslawa X.  Michał Fajbusiewicz "dał twarz" ks. Annie Jagiellonce. Zaś dla prezesa "Globtrotera" Sławka Bawarskiego znalazł się już tylko otwór w miejscu twarzy małego ks. Jerzego I.
 
Oczywiście nie mogłem stracić takiej okazji i nie uwiecznić na zdjęciu całej trójki. A do najważniejszych miejsc o których napisałem, wrócę wkrótce w osobno poświęconych im publikacjach.
 
Zdjęcia autora

Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com