PODRÓŻE GLOBTROTERA: BALONEM NAD SZWAJCARIĄ KASZUBSKĄ

Umawiamy się telefonicznie na parkingu przy jednym z zajazdów w okolicach Kościerzyny. To tu zacząć się ma balonowa przygoda dziewiątki dziennikarek i dziennikarzy oraz ich opiekuna i przewodnika zaproszonych przez Pomorską Regionalną Organizację Turystyczną w Gdańsku na podróż studyjną po Kaszubach.

 

Jej celem jest pokazanie piękna i walorów turystycznych tego regionu. Po chwili przyjeżdżają dwa samochody z przyczepami wiozącymi zrolowane balony oraz ich kosze – gondole. Ruszamy za nimi mikrobusem w poszukiwaniu dogodnego miejsca do startu. Szwajcaria Kaszubska, spory fragment Pomorza stanowiący Kaszubski Park Krajobrazowy, robi już wrażenie, gdy ogląda się ją na mapie.

 

 

Rozciąga się ona od Obszaru Chronionego Krajobrazu Doliny Łeby i Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego na północy, po Obszar Chronionego Krajobrazu Doliny Wierzycy na południu. I od Obszaru Chronionego Krajobrazu Doliny Raduni, Przywidzkiego Obszaru Chronionego Krajobrazu i Obszar Chronionego Krajobrazu Doliny Wietolsy na wschodzie, aż poza Kościerzynę i Jezioro Garczyn, Gowdliński Obszar Chronionego Krajobrazu oraz Obszar Chronionego Krajobrazu – Fragment Pradoliny Łeby i Wzgórza Morenowe na południe od Lęborka na zachodzie.

 

POLODOWCOWA KRAINA JEZIOR

 

Na papierze w oczy rzucają się przede wszystkim jeziora o niezwykłych kształtach. Długie i wąskie rynnowe, jak np. Raduńskie Dolne i Górne, Potulskie, Dąbrowskie, Sobackie i wiele innych. Między nimi większe i mniejsze jak gdyby postrzępione, niektóre oddzielone od siebie tylko wąskimi przesmykami.

 

To kraina polodowcowa, w której woda wypełniła szczeliny w ziemi, niekiedy głębokie na kilkadziesiąt metrów. Na pozostałym obszarze mapy dominują dwa kolory, tak na oko w równych proporcjach. Jasno zielony oznacza lasy, piaskowy wzgórza morenowe i tereny uprawne. Największymi miejscowościami na tym obszarze są: Kościerzyna, Kartuzy, Sierakowice i Żukowo.

 

A oprócz nich dziesiątki miasteczek i wiosek składających się nierzadko tylko z kilku, a nawet pojedynczych zabudowań. Z poziomu ziemi jest to teren malowniczo pofałdowany, pełen zieleni, z wyłaniającymi się niemal co chwila większymi czy mniejszymi taflami wody. I oczywiście wieżami kościołów i ciekawej architektury, w tym „w kratę” – szachulcowej.

 

Drewnianymi konstrukcjami pomalowanymi na czarno i wypełnionymi pobielonymi murami i ścianami. Pełnię piękna tej ziemi docenić można jednak oglądając ją także z góry. Z gondoli balonu lecącego niezbyt wysoko. Od widoków można dostać zawrotów głowy. To właśnie nad fragmentem Szwajcarii Kaszubskiej odbędziemy lot balonowy.

 

Turystyka balonowa nie ma co prawda szans na stanie się, nie tylko u nas, masową. Oferuje jednak niezapomniane przeżycia warte nawet sporego wydatku. Kierownik naszego lotu, a zarazem szef firmy „Żegluga Powietrzna Balloon Charter” (www.ballooncharter.pl) jadący pierwszym samochodem, uważnie szuka jakiejś łączki lub nieużytku, z którego można dzisiaj wystartować.

 

Zatrzymuje się, wypuszcza baloniki pokazujące kierunek i siłę wiatru. Najbardziej odpowiednim miejsce okazuje się łączka na łagodnym stoku wzgórza porośniętego lasem. To dobry punkt, gdyż zapewnia ochronę przed wiatrem w momencie przygotowań do lotu, zwłaszcza zaś napełniania balonów.

 

W rozładowywaniu balonów i gondoli – wiklinowych koszy o odpowiednio wzmocnionych dnach, aby unieść po kilkaset kilogramów łącznej wagi urządzenia nagrzewającego powietrze i pasażerów, uczestniczymy obok pilotów i pomocnika technicznego, wszyscy.

 

OŚWIADCZAM, ŻE NIE JESTEM W CIĄŻY

 

Udział w locie balonem wymaga spełnienia szeregu wymogów. Każdy z przyszłych aeronautów musi wypełnić i podpisać stosowne oświadczenie. Potwierdzić, że zapoznał się z zawartymi w nim wymogami bezpieczeństwa, a stan zdrowia pozwala mu na odbycie lotu.

 

W szczególności, że n i e: nurkował 24 godziny przed lotem; jest pod wpływem lub po spożyciu alkoholu, narkotyków lub środków psychotropowych – odurzających. Jeżeli więc ktoś „dla kurażu” coś wypił lub łyknął, musi pozostać na ziemi.

 

W oświadczeniu tym potwierdzam również, że n i e: jestem w ciąży, cierpię na epilepsję, jestem w trakcie kontuzji ortopedycznych, neurologicznych lub po poważnych operacjach w tych dziedzinach; jestem w trakcie lub po przebytych dolegliwościach kardiologicznych uniemożliwiających normalny lot statkiem powietrznym do 800 m nad terenem.

 

A jeżeli jestem chory, to posiadam niezbędny zapas leków i w razie potrzeby będę gotowy do ich użycia. Oświadczyłem również, potwierdzając to numerem PESEL i podpisem, że nie zabieram na pokład włączonego telefonu komórkowego, łatwopalnych płynów, zapałek bądź zapalniczki, sztucznych ogni, amunicji, broni, zbiorników z aerozolami i gazem pod ciśnieniem, torebek, plecaka oraz dużej – obszernej kurtki.

 

Zobowiązałem się, że wchodzić i wychodzić z gondoli będę na polecenie pilota, utrzymując przy starcie, w trakcie lotu oraz podczas lądowania balonu, pozycję według jego zaleceń. Ponadto, że nie będę kręcić kamerą i robić zdjęć w momencie startu i lądowania, a potrzebnego do tego sprzętu nie będę trzymać na wysokości twarzy lub wokół karku i szyi.

 

Nie będę też używać ognia, co uznałem za trochę nielogiczne, skoro już wyżej zobowiązałem się nie posiadać zapałek czy zapalniczki, i palić tytoniu na pokładzie balonu. Nie podchodzić do wentylatorów, przechodzić przez liny mocujące balon do przeszkód i samochodu. Natomiast o własnych silach wchodzić i wychodzić z gondoli, która ma burty o wysokości około 1,1 metra. Dokument ten w jednym miejscu trochę mnie zdumiał.

 

CHCESZ LECIEĆ – POPRACUJ

 

Za oczywiste uznałem, że w trakcie lotu i po zatrzymaniu się balonu nie będę wychylać się na zewnątrz gondoli ani z niej wyskakiwać, bo nie jestem samobójcą. Ale jak mógłbym w trakcie lotu do niej wskakiwać, nie bardzo wiedziałem. Podpisałem jednak i to. Musiałem również podać swoją wagę.

 

Instrukcja zawierała także „proponowany ubiór”: obuwie o twardej podeszwie, czapkę z daszkiem i kurtkę wierzchnią. Uff! Ale bezpieczeństwa nigdy za wiele. Piszę o tym tak szczegółowo, bo nie są to wymogi szerzej znane. Ludzie, którzy mają już za sobą lot balonem, stanowią znikomą mniejszość. Zaś turystyka balonowa zasługuje na poparcie.

 

Przygotowanie balonu do startu wymaga wysiłku, także fizycznego, co najmniej kilku par rąk. Robiliśmy to równolegle przy dwu: mniejszym, zabierającym poza pilotem 4 osoby oraz większym, którym miałem lecieć wraz z piątką koleżanek i kolegów. Najpierw trzeba było zsunąć na ziemię po pochylni kosz – gondolę. Następnie zrolowany balonu.

 

Wspólnym wysiłkiem rozciągnąć jego czaszę na długość kilkunastu metrów. Po napełnieniu stała się ona wielkości dużej kuli. Napełnianie, to wdmuchiwanie za pośrednictwem dmuchawy strumienia powietrza w miarę rozkładania, czy raczej rozciągania balonu.

 

Następnie ogrzewania go gorącym powietrzem ze specjalnych palników ziejących otwartym ogniem znajdujących się w górnej części położonych na boku gondoli. Gdy balon wypełnił się na tyle, że zaczął przyjmować pozycję pionową, pomocnik pilota nasunął na okrągły otwór na szczycie jego czaszy zamykającą go tkaninę. Odsuwa się ją przy lądowaniu.

 

Gondola przybrała wówczas właściwe położenie, a całość przycumowana została do samochodu oraz podtrzymywana była linami. Pierwszy wystartował mniejszy balon. My dosyć sprawnie zajęliśmy miejsca w gondoli większego. Pilot poinstruował nas jak zachowywać się:

 

Przy lądowaniu przykucnięcie wewnątrz gondoli z oparciem plecami o jej ścianę tyłem do kierunku lotu, uchwycenie specjalnych trzymadeł i oparcie stóp o przeciwległą, w naszym przypadku wewnętrzną ściankę. Nasz kosz składał się bowiem z dwu „przedziałów” pasażerskich i miejsca pilota. Start odbył się w sposób niezauważalny. Po prostu balon zaczął się bezszelestnie unosić w górę. Po chwili płynął już popychany lekkim wiaterkiem nad koronami drzew, coraz wyżej.

 

FANTASTYCZNE WIDOKI

 

Wysokość regulował pilot uruchamiając co pewien czas palniki ogrzewające powietrze oraz wykorzystując prądy powietrzne. Były to jedyne dźwięki zakłócające absolutną ciszę. Lecieliśmy raz wyżej, raz niżej niż wyprzedzający nas mniejszy balon. Widoki były fantastyczne. Aż do niknącego w mgiełkach, odległego o 50 – 70 km horyzontu.

 

Pod nami przesuwały się tafle jezior, lasy, łąki, wioski, osady i pojedyncze zabudowania. Pola po zbiorach przypominały ogromne impresjonistyczne malarskie płótna. W zależności od oświetlenia – było to na około dwu godzin przed zachodem słońca – jedne przybierały barwę cegły, inne zieleni, a niektóre niemal bieli bruzd zaoranych pól. Ledwo nadążałem z fotografowaniem co piękniejszych widoków.

 

W tafli jezior odbijał się lecący przed nami balon. Na ich powierzchni dostrzegaliśmy z góry dosyć rzadkie jachty, żaglówki, łodzie i kajaki. Maleńkie punkciki na coraz bardziej granatowych taflach. Szczególnie utkwiła mi w pamięci niewielka, o długości może 200 – 300 m porośnięta lasem wysepka pośrodku jeziora.

 

Chyba niedostępna, gdyż zarośnięta dookoła szerokim i gęstym pasem trzcin bez śladów przejścia między nimi. Znajdujący się obok nich jacht widziany pionowo z góry był tylko małym, białym prostokącikiem. Przelatywaliśmy też nad jakimś pustym amfiteatrem ze sceną pod dachem usytuowaną nad jeziorem, wioskami, zagrodami. Gdy zauważali nas znajdujący się na dole ludzie, przyjaźnie machali rękoma.

 

Przepięknie w tafli kolejnego jeziora odbijało się zbliżające do zachodu słońce i nadbrzeżne lasy. Nadszedł czas szukania miejsca do lądowania. Towarzyszący nam cały czas w jadącym po znajdujących się pod nami drogach kierownik lotu, z którym piloci byli w kontakcie radiowym, sugerował na podstawie mapy odpowiednie miejsca.

 

Pilot musiał jednak uwzględniać również siłę wiatru, konfigurację terenu oraz poszukiwać odpowiedniego miejsca wolnego od zabudowy, linii energetycznych i telefonicznych. Cała załoga wypatrywała ich z uwagą. Gdy patrzyłem z góry na ziemię, przypomniał mi się mój ubiegłoroczny 800–metrowy zjazd w Alpach w dół na linie.

 

Emocjonujący, zapewniający sporą dawkę adrenaliny. Ale błyskawiczny, z prędkością ponad 82 km/h. Tu opadaliśmy powoli ukosem przyciągani przez ziemię, ale i trochę popychani przez wiatr. W ostatniej fazie lotu tuż nad drzewami, niemal muskając dnem gondoli ich wierzchołki.

 

LĄDOWANIE WŚRÓD KOMARÓW

 

Po chwili opadliśmy miękko w dół osiadając tuż pod lasem na trochę wilgotnej łące. Pionowo, chociaż częściej gondola kładzie się na boku, a balon ciągnie ją jeszcze przez jakiś czas. Podjechał samochodem pomocnik pilota, zacumował linę balonu, dosyć szybko i sprawnie wysiedliśmy z niego. Opadła nas chmara kąśliwych komarów, ale nie było czasu na ich odganianie.

 

Zapadał zmierzch, trzeba było pomóc w opróżnianiu balonu z powietrza i zwijaniu go, do czego potrzebne były wszystkie ręce. A następnie załadowaniu na przyczepę balonu i gondoli. Ruszyliśmy polnymi drogami do szosy aby spotkać się z załogą drugiego balonu, który wylądował w innym miejscu, odległym chyba grubo ponad kilometr. A następnie do zajazdu, obok którego rozpoczęliśmy tę balonową przygodę.

 

Kierownik lotu rozpoczął wypisywanie nam certyfikatów aeronautów z wymienieniem przebytej trasy. Baloniarski zwyczaj, a może przesąd, wyklucza robienie tego przed lotem. Zresztą miejsce startu i lądowania przeważnie nie jest znane.

 

Każdy z uczestników lotu otrzymał również mapę Szwajcarii Kaszubskiej z zaznaczoną na niej trasą lotu, pamiątkowym opisem i datą. Jeszcze tylko tradycyjna lampka szampana i jako świeżo (z niewielkimi wyjątkami) upieczeni aeronauci mogliśmy pojechać na zasłużoną kolację i nocny wypoczynek.

 

Lot ten był ogromną atrakcją, do spróbowania której zachęcam wszystkich. Piękna Szwajcaria Kaszubska (podobnie jak i wiele innych ciekawych miejsc nie tylko w naszym kraju) widziana z góry ukazuje się bowiem w zupełnie innym, fascynującym naprawdę trzecim wymiarze.

 

Zdjęcia autora


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com