PODRÓŻE "GLOBTROTERA": EMIRATY ARABSKIE

Celem kolejnej podróży „Globtrotera” były Zjednoczone Emiraty Arabskie. A udział w niej wzięła spora grupa koleżanek i kolegów, którzy na przełomie września i października br. mieli okazję poznać ten interesujący zakątek świata. Wyjazd, nazwany trochę na wyrost, gdyż za udział w nim zapłaciliśmy według stawek katalogowych, chociaż bez opłat wizowych i z rozszerzonym programem zwiedzania, Journalist Fam Trip, zorganizowało warszawskie biuro podróży „Sun & Fun Holidays” przy pomocy miejscowego partnera Rida International Tourism. Była to podróż z przygodami, nie dla wszystkich miłymi, i nie bez rozczarowań, chociaż wszystko skończyło się – na szczęście – dobrze.

 

Problemy zaczęły się już na lotnisku Okęcie podczas odprawy na stanowisku „Sun & Fun” przed lotem samolotem czarterowym. Okazało się, że dwu naszych kolegów, a w lecącej równocześnie innej grupie aż 20 innych polskich turystów, nie ma promes wiz ZER stanowiących podstawę uzyskania na lotnisku w Dubaju prawa wjazdu do tego kraju. A w jednej pomylono fotografie.

 

– Nie ma sprawy – zapewnił dokonujący odprawy pracownik biura – promesy będą czekały na miejscu. Po 8 godzinach spędzonych w samolocie, z międzylądowaniem w Katowicach aby zabrać stamtąd turystów ze Śląska, okazało się, że w placówce kontroli granicznej na lotnisku w Dubaju nikt o takich podróżnych nie wie. Wyjaśnienie sprawy oraz załatwienie i wystawienie dodatkowych wiz zajęło kilka godzin nocnych.

 

Nie bez nerwów, gdyż samolot, którym nie posiadający promes mogliby ewentualnie wrócić do kraju już odleciał, a następny czarter miał być za…tydzień. Grupa odjechała więc niekompletna do odległego o 160 km hotelu w emiracie Fudżajra nad Zatoka Omańską Oceanu Indyjskiego. Zatrzymani na przejściu granicznym dotarli tam nad ranem. Nie był to jednak koniec niemiłych zaskoczeń.

 

Podczas spotkania organizacyjnego polskich grup w 4* hotelu „Fujaira Rotana” rezydentka biura zapewniała m.in., że napoje do obiadów i kolacji: woda, piwo i wino są wliczone w cenę. W restauracji okazało się jednak, że trzeba za nie płacić, a ceny są wysokie. Np. kufelek piwa ponad 20 zł. Zanim wyjaśniono tę kwestię, decyzje zmieniały się parokrotnie. Stanęło na tym, że każdy ma prawo do jednego bezpłatnego piwa lub lampki wina do posiłku, ale musi podpisać rachunek z kwotą zerową.

 

Również inne decyzje i program „Fam Trip” zmieniały się wielokrotnie. Towarzysząca grupie przedstawicielka „Sun & Fun”, skądinąd bardzo miła, tyle, że chyba bez pojęcia o pilotażu turystycznym oraz znikomej wiedzy o kraju, do którego przylecieliśmy, nie miała nawet programu podróży i pobytu, który otrzymaliśmy w Warszawie. A wręczony nam na miejscu w wersji angielskiej znacznie się od niego różnił.

 

Nie było w nim zwłaszcza całodniowej wycieczki do Suhar City – „Zielonego Miasta” w Sułtanacie Oman, ze zwiedzaniem tamtejszych zabytków, m.in. XIII – wiecznego, największego z 500 omańskich fortów oraz portu i targu. Okazało się, że na wjazd do tego kraju potrzebne są odrębne wizy – bo to przecież inne, znacznie większe od Emiratów, państwo. No i dwukrotne, a nie jednokrotne wizy ZER.

 

W zamian więc zaoferowano nam wycieczkę do – dostępnej bez wiz – omańskiej enklawy Dibba Bayah na półwyspie Musandam i z tamtejszego porciku rejs stateczkiem wycieczkowym pod banderą Omanu do Khor Sham nazywanego „fiordem”. W rzeczywistości są tam tylko ładne zatoczki z maleńkimi piaszczystymi plażami u podnóża niezbyt wysokich skał. Mimo czystej, zielonkawej wody i towarzyszących kąpieli latających ryb, nie była to szczególna atrakcja. Tyle, że mogliśmy zrobić trochę zdjęć, a w drodze powrotnej obejrzeć z zewnątrz ładny meczet w należącej do emiratu Fudżajra części Dibby.

 

Ale piękną plażę, bardzo ciepły ocean oraz basen mieliśmy w hotelu. Położonym, obok sąsiedniego wielopiętrowego „La Meridien Fujara”, na odludziu, na wąskim pasie ziemi między górami Al-Hadząr i zatoką. Nawet do pobliskiej osady z paroma sklepikami chętni musieli jeździć taksówkami, gdyż znajdowaliśmy się w najgorętszych ( 39 – 40 stopni C w cieniu, blisko 50 w słońcu, 32 – 33 w nocy – z ogromną wilgotnością powietrza ) miejscach w tych dniach, wg. CNN, na kuli ziemskiej.

 

I tak odbywałaby się zapewne ta „podróż studyjna” także w jej drugiej części – w Dubaju, daleko od oceanicznej plaży, gdyby nie interwencyjna rozmowa telefoniczna prezesa „Globtrotera” Sławka Bawarskiego z prezesem „Sun & Fun” Samirem Hamoudą. Po niej program został wzbogacony, stał się bardzo intensywny i ciekawy. Znalazło się w nim zwiedzanie 1,5 – milionowego Dubaju.

 

W tym muzeum w starym Al Mahdi Fort, bazarów: Złota i Przypraw, zobaczenie z zewnątrz najsłynniejszych budowli: najwyższej na świecie, 818-metrowego „Burj Dubaj” przypominającego wykałaczkę lub odwrócony sopel lodu, który otwarty do użytku ma zostać oddany w grudniu br., hoteli „Burj Al Arab” w kształcie gigantycznego żagla i pobliskiego „Jumeirah Beach Hotel” przypominającego wielką oceaniczną falę oraz dziesiątki innych wieżowców. Już gotowych lub w trakcie budowy.

 

Niestety, zobaczenie z góry słynnych sztucznych wysp na Zatoce Perskiej (zwanej tam Arabską ) zabudowanych hotelami i apartamentami: Palm Deira, The World, Palm Jumeraich czy Pal Jebel Ali okazało się niemożliwe. Praktycznie jedyny ( poza widokiem z wynajętego śmigłowca ) punkt, z którego można z góry zobaczyć Palm Jumeraich znajduje się w położonej wysoko restauracji hotelu „Burj Al Arab”. Dostępnej jedynie po wcześniejszym zamówieniu dosyć drogiego lunchu lub jeszcze droższej kolacji.

 

Byliśmy natomiast w hotelu „Atlantis”, którego gigantyczna arka jest jak gdyby bramą wjazdową na sztuczną wyspę Palm Jumeirah. Tyle, że miejsca z którego można w nim oglądać zatokę są dla zwiedzających niedostępne. Zadowoliliśmy się więc obejrzeniem na parterze ogromnego akwarium z oceaniczną fauną i florą. A wieczorem, podczas kolacji w trakcie 2–godzinnego rejsu statkiem wycieczkowym po kanale mogliśmy podziwiać stojące nad nim – i nieco dalej – budowle w nocnym oświetleniu.

 

W Dubaju starczyło też trochę czasu na indywidualne wizyty w ogromnych centrach handlowych czy krytej trasie narciarskiej Sky Dubai. Dla chętnych – a stanowili oni ogromną większość uczestników tego wyjazdu – było też safari z dosyć karkołomną jazdą po piaszczystych wydmach i wykrotach w odległości kilkudziesięciu kilometrów od miasta Dubaj, z kolacją w pustynnej restauracji.

 

Dużą atrakcją okazała się całodzienna wycieczka do Abu Zabi, milionowej stolicy zarówno największego emiratu jak i całych ZEA. Wielkie wrażenie, nie tylko na mnie, zrobił tamtejszy nowy ( trwa jeszcze wykańczanie niektórych jego fragmentów oraz otoczenia ) Meczet Piątkowy – 6-ty pod względem wielkości na świecie, mogący pomieścić w sali głównej i dwu bocznych kilka tysięcy, a razem z ogromnym dziedzińcem i rozległymi arkadami w sumie ponad 40 tysięcy wiernych.

 

Jest to przepiękna budowla m.in. z ogromnymi żyrandolami i imponującymi kwiatowymi dekoracjami: intarsją wielobarwnych marmurów ścian oraz powierzchni wewnętrznego dziedzińca. Kontrast dla niezliczonych wieżowców i innych budowli Abu Zabi stanowi tamtejszy skansen: U.A.E. Heritage Village na piaszczystej, połączonej z lądem groblą łasze, w którym można zobaczyć jak jeszcze niedawno wyglądała ta rybacka wioska.

 

Która – podobnie jak sąsiednie szejkanaty, później emiraty, zwłaszcza Dubaj – dzięki nieprawdopodobnemu deszczowi petrodolarów i dochodów z operacji finansowych oraz handlu, zrobiła oszałamiającą światową karierę. Imponujący w Abu Zabi jest też dawny pałac emira zamieniony w hotel. Obok nowego pałacu emira można tylko przejechać bez prawa robienia zdjęć, ale z autokaru przez bramę niewiele widać. Zakaz fotografowania dotyczy również pobliskich, położonych nad zatoką, pałaców członków rodziny emira.

 

W odróżnieniu od wysokościowych części miasta, ta dzielnica, również willowa, ma bardzo kameralny charakter. Uwagę zwracały też największe, jakie widzieliśmy w Emiratach, miejskie tereny zielone. I to nie tylko z przesadzonymi niedawno palmami, co jest stałą praktyką, ale dosyć starymi drzewami liściastymi i krzewami innych gatunków.

 

Nieco inny charakter ma trzecie duże miasto ZEA, a zarazem stolica emiratu o tej samej nazwie – Szardża. Uboższe, bo nie dysponuje złożami ropy i gazu, chociaż też z licznymi imponującymi wieżowcami i budowlami. Wśród nich nowoczesnym, dużym i ładnym architektonicznie piętrowym krytym bazarem pełnym sklepów z wyrobami ze złota oraz innych towarów.

 

Ale również z trochę egzotycznym, pełnym niewielkich stateczków i zawalonym towarami nabrzeżem portowym, niewielkim starym miastem z małym - i z prawdziwym wschodnim sukiem – bazarem oraz wartym parominutowej wizyty targiem rybnym. Zobaczyliśmy więc sporo. Chociaż nie tyle, ile można było w tym czasie zobaczyć przy lepszej organizacji wyjazdu oraz z pilotem z prawdziwego zdarzenia.

 

Niestety, jeżeli na tak proste pytanie jak: ilu mieszkańców mają Emiraty? pada odpowiedź: nie wiem, ale mam przewodnik sprawdzę i jutro panu powiem, czy – a to tylko dwa przykłady jej kompetencji – nie jedzie z grupą (!!!) na zwiedzanie Szardży, bo ma inne plany, to często padające podczas tej imprezy pytania: czy jest z nami pilot, czy tylko pracownica biura, którą – być może w nagrodę – dołączono z narzeczonym do Journalists Fam Trip?, okazały się jak najbardziej zasadne.

 

Była to jednak w sumie, mimo tych krytycznych uwag, ciekawa podróż. Chociaż w moim przypadku Zjednoczone Emiraty Arabskie nie mieszczą się ani w pierwszej, ani nawet piątej dziesiątce najciekawszych krajów, w których byłem. Podobnie ocenili je również inni uczestnicy wyjazdu, z którymi rozmawiałem na ten temat: warto było to raz zobaczyć. Jak wiadomo, od paru miesięcy trzy warszawskie biura podróży organizują do ZEA, jednym samolotem czarterowym, wycieczki 1 lub 2- tygodniowe.

 

Nie jest to chyba jednak kraj, przed którym otworzyła się perspektywa masowej turystyki. Chociaż np. bazę hotelową i gastronomiczną ma liczną i bogatą. Ale magnesami dla takiej turystyki są przecież – wszystkie razem, lub chociażby jeden z nich: dobre warunki wypoczynku i to po niewygórowanych cenach oraz niezbyt daleko od kraju; zabytki i inne miejsca warte zobaczenia; atrakcyjne zakupy. Moim zdaniem ZEA nie spełniają żadnego z nich.

 

Może w pewnym stopniu magnesem mogą być zakupy. Emiraty są bowiem wolne od podatków i ceł, co przekłada się oczywiście na ceny. Ponieważ jednak jest to kraj dosyć drogi ( np. pokój w 5*, ale nieatrakcyjnie położonym punkcie Dubaju, „Media Rotana” kosztuje – wg. cennika w recepcji – od 1600 do 3600 drahm za dobę, tj. ok. 1300 – 3000 zł ) tylko niektóre artykuły i to głównie „ z górnej półki”: futra, np., z norek, ubrania i kosmetyki znanych zachodnich firm, częściowo elektronika czy wyroby ze złota są tańsze niż w Polsce. Ale to nie jest oferta dla masowego turysty.

 

Jeżeli chodzi o zabytki, to ich praktycznie nie ma. Są natomiast nowoczesne budowle i centra warte zobaczenia. Natomiast podobny, a nawet lepszy, bo bez powalających upałów połączonych z ogromną wilgotnością powietrza wypoczynek nad morzem można mieć bliżej i taniej – chociażby w Egipcie czy Tunezji. A nawet lepszy, gdyż w Emiratach dopiero uczą się obsługi zorganizowanego ruchu turystycznego. Równocześnie Dubaj jako miejsce takiego wypoczynku jest zupełnie nieatrakcyjny.

 

Nad samym morzem są tylko najbardziej atrakcyjne i najdroższe hotele. A w bardziej od niego odległych można korzystać z niewielkich basenów. Gdy chcieliśmy w dobrej dla fotografowania porze dostać się pod widoczny z okien hotelowego pokoju „Żagiel” – „Buj Al Arab” odległy w linii prostej może nieco ponad kilometr, to musieliśmy przejechać taksówką… kilkadziesiąt kilometrów. Dubaj rozciąga się bowiem na długości ponad 40 km parokilometrowym pasem nad Zatoką.

 

A od wybranego celu podróży oddzielała nas ulica – szosa o 4 pasmach ruchu w każdą stronę, przez którą nie można przedostać się ani górą ( dojścia do stacji naziemnego metra są dopiero w budowie ) ani po nią. Na wielu kilometrach nie ma na razie z niej skrętów, zjazdów, tuneli, wiaduktów. Nawet do pobliskiego – teoretycznie do 10 minut pieszo – dużego centrum handlowego Mall of Emiraten połączonego z krytą trasą narciarską Ski Dubaj oraz sąsiadującym z hotelem „Kempinsky” i stacją metra, konieczny był dojazd taksówką za kilkanaście zł w jedną stronę, ew. kursującym parę razy dziennie hotelowym mikrobusem.

 

Bo hotel ten otoczony jest placami budowy, wzdłuż jezdni nie ma chodników i droga pieszo jest praktycznie niemożliwa. Cały zresztą Dubaj, podobnie jak Abu Zabi, a w mniejszym stopniu Szardża – to wielkie place budowy. Jak wyczytałem przed wyjazdem z kraju w „Polityce”, co czwarty metr kwadratowy powierzchni biurowej stoi obecnie w Dubaju pusty, a co trzecia inwestycja jest zamrożona. Kryzys bowiem dotarł i tam: na każdym kroku ogromne napisy informują, że budynek jest do sprzedaży lub wynajęcia.

 

Czy więc ten złoty sen nagle i ogromnie wzbogaconych arabskich pasterzy i rybaków nie skończy się szybciej, niż można było oczekiwać jeszcze parę lat temu, pokaże czas. Tym bardziej, że zasobów ropy i gazu na długo nie starczy, a i z operacjami – zwłaszcza kombinacjami finansowymi, też może być znacznie trudniej niż przed obecnym światowym kryzysem. Jest też niemal pewne, że takie centra światowego handlu i finansów w Azji, jak Szanghaj, Hongkong czy Singapur mające znakomite zaplecze, a nie piaski pustyni, nie ustąpią Emiratom miejsca, gdy zmniejszy się potok wpływających do nich pieniędzy.

 

Zjednoczone Emiraty Arabskie są jednak ewenementem w skali światowej. Bo chociaż ludzie mieszkali tam już 100 tys. lat temu, w III tysiącleciu docierała cywilizacja z Mezopotamii, w neolicie hodowano osły i dromadery, a w wiekach późniejszych kultura perska i hellenistyczna, wreszcie islamska, to w rzeczywistości aż do naszych czasów były na tym terenie – poza niewielkimi fortami – tylko rybackie wioski i lokalne miasteczka – państewka szejków.

 

Mimo iż już w XVI – XVII wieku starali się tam usadowić Portugalczycy, a na dłuższy czas w końcu XIX w Brytyjczycy ( ale nie ingerując w wewnętrzne sprawy ), to tak naprawdę świat o Szejkanatach usłyszał w latach 60-tych XX w. Dzięki… znaczkom pocztowym. Wówczas bowiem jakaś przedsiębiorcza firma ( czy firmy ) uzyskała prawo ich wydawania w imieniu szejkanatów.

 

I rynek filatelistyczny – a było to wówczas najpopularniejsze na świecie hobby – zaczęły zalewać emisje poświęcone zdobywaniu kosmosu, malarstwu i innym chodliwym tematom. Znaczkami, których w miejscowych placówkach pocztowych nikt oczywiście nie widział, bo trudno było sobie wyobrazić, aby w krajach dosyć rygorystycznego islamu znalazły się w obiegu znaczki np. z Madonną karmiącą piersią Jezusa czy aktami Rubensa. Później trysnęła obficie ropa naftowa.

 

Szejkanaty przekształciły się w Emiraty. 2 grudnia 1971 roku siedem – szczegóły pomijam – z nich: największy, zajmujący 80% powierzchni nowego państwa, Abu Zabi oraz Adżman, Dubaj, Al-Fudżajra, Ras al-Chaima, Szardża i Umm al-Kajwajn utworzyły Zjednoczone Emiraty Arabskie. Obecnie mają one 83,6 tys. km. kw. powierzchni i niespełna 5 mln mieszkańców, z których tylko kilkanaście % jest obywatelami kraju, a większość pracownikami najemnymi z – podobno – około 80 krajów. Najliczniej z Pakistanu, Indii, Iranu, Indonezji, innych państw arabskich, Europy i USA. Stąd głównym językiem jest nie arabski, lecz angielski.

 

To, co w Emiratach zbudowano mając bajeczne wręcz środki, robi wrażenie: dziesiątki nowojorskich Manhattanów obok siebie, lub – w przypadku Abu Zabi i Dubaju – w odległości kilkudziesięciu kilometrów. Zamierzenia są jeszcze bardziej ambitne, o czym świadczy fakt, że główne miasta to obecnie gigantyczne place budowy, w których drapacze chmur wyrastają wprost z piasku pustyni. Oglądaliśmy np. w Dubaju miejsce, trochę odległe od innych, w których stoi lub jest w trakcie budowy kilkanaście 30-, 40- i więcej piętrowych wieżowców. Za parę lat, o ile kryzys nie zmusi do zmiany planów, ma ich tam być…270 (!).

 

Ale chyba nie tylko mnie nurtuje pytanie: kto w nich będzie mieszkał i pracował? Czy skala interesów oraz zarobków – które w przypadku ciężkich prac np. budowlanych i drogowych dla „gastarbeiterów” z Azji nie są bynajmniej oszałamiające – pozwoli na dalszy, tak dynamiczny rozwój? Czy też nastąpi załamanie, a całe przedsięwzięcie podzieli los amerykańskiej branży mieszkaniowej?

 

Patrząc na te gmachy, wśród których obok eklektycznego kiczu i mało oryginalnych powtórzeń jest sporo naprawdę pięknych budowli, trudno to sobie wyobrazić. Ale przecież wykluczyć tego nie można. Czekając więc na odpowiedź na to pytanie, warto jednak raz i na parę dni polecieć tam aby zobaczyć miejsca, jakich niewiele w tej skali jest w świecie.

 

Zdjęcia autora.


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com