PODRÓŻE GLOBTROTERA: ODKRYWANIE RUMUNII

Rumunia nie należy do krajów zbyt licznie zwiedzanych przez Polaków. W latach 60-tych – 80-tych XX w. dosyć popularne były co prawda wyjazdy tam do leczniczych błot i źródeł uzdrowiska Mamaia.

 

A także na czarnomorskie plaże, przy okazji zaś do portowej i zabytkowej – żył tam przecież na zesłaniu wielki rzymski poeta Owidiusz – Konstancy.

 

Ale wybór kierunków podróży turystycznych i wypoczynkowych wówczas był przecież niewielki. Okres przemian ustrojowych – przejścia od komunistycznej dyktatury do państwa demokratycznego i członkostwa w Unii Europejskiej, Rumunia przeszła dosyć ciężko.

 

 

Ze strajkami, starciami zbrojnymi i ofiarami śmiertelnymi, załamaniem gospodarki oraz ubóstwem większości społeczeństwa. Fatalną opinię zrobili jej, nie tylko zresztą u nas, rumuńscy Cyganie tłumnie emigrujący do zamożniejszych państw. W rezultacie czego dla wielu, zwłaszcza gorzej wykształconych ludzi Rom stał się synonimem Rumuna. A kraj nadal przez wielu postrzegany jest jako zacofany, ubogi i… mało ciekawy.

 

Jest to obraz z gruntu fałszywy, chociaż do zamożności na przeciętnym europejskim poziomie oraz nowoczesności Rumuni mają przed sobą jeszcze dłuższą i trudniejszą drogę niż my. Robią jednak wiele, także dzięki środkom unijnym, aby dystans ten skracać. A jest to kraj nie tylko ciekawy, ale wręcz fascynujący, z niezliczonymi zabytkowymi miastami, twierdzami, świątyniami.

 

A nawet całymi regionami, że wymienię przykładowo Bukowinę, mołdawskie klasztory i skarby przeszłości Siedmiogrodu, o czym wiedzą ci, którzy zdołali go chociaż trochę poznać. I jest to najlepszy sposób, aby zmienić o nim opinię. Doskonale rozumieją to rumuńscy specjaliści w dziedzinie turystyki.

 

Dyrektor Ośrodka Informacji Turystycznej Rumunii w Warszawie Ruxandra Ana przygotowała, akceptowany w Bukareszcie, program pierwszej, 10-dniowej podróży studyjnej dla polskich dziennikarzy turystycznych po bardzo atrakcyjnych miejscach jej ojczyzny. Program, dodam, bardzo ciekawy, chociaż w nielicznych jego punktach oczekiwania rumuńskich gospodarzy na zainteresowanie właśnie nimi polskich turystów mogą, jak sądzę, okazać się złudne.

 

Równocześnie jednak większość zasługuje nie tylko na uwagę, ale i gruntowniejsze poznanie, bo należy do europejskiej, a nawet światowej ( Lista Dziedzictwa UNESCO ) czołówki, a u nas, niestety, jest, jak na razie, niemal nieznana. I to warto, a nawet trzeba zmienić! Byłem jednym z 11-tki koleżanek i kolegów, uczestników tego wyjazdu i wróciłem urzeczony pięknem, zabytkami oraz atrakcjami miejsc które mogliśmy poznać.

 

I chociaż w odległej przeszłości byłem już w Rumunii kilkakrotnie, to po długiej przerwie stało się to dla mnie odkrywaniem tego kraju na nowo. Większość zabytkowych miast na naszej trasie prowadzącej przede wszystkim drogami Siedmiogrodu, takich jak Braszow, Sighişoara, Alba Julia, Szybin i – oczywiście – stołeczny Bukareszt, wymaga osobnej prezentacji, którą obiecuję wkrótce.

 

Podobnie jak unikatowe w skali europejskiej Zamki Chłopskie, wspaniale zachowane, lub przywracane do dawnej świetności, twierdze i zamki obronne, świątynie trzech chrześcijańskich religii oraz synagogi, urocze zabytkowe miasteczka i inne ciekawe miejsca. Na początek ograniczę się więc tylko do wstępnej relacji z tej podróży oraz wrażeń, szczegóły odkładając do następnych publikacji.

 

Podróż zaczęliśmy i zakończyliśmy w Bukareszcie. Zwiedzając go na wstępie grupowo, a w ostatnim dniu – indywidualnie. Pozwoliło mi to odświeżyć znajomość miasta nazywanego od przełomu XIX i XX wieku Paryżem Bałkanów oraz zobaczyć to, co jeszcze nie istniało podczas mojego ostatniego, poprzedniego pobytu w rumuńskiej stolicy.

 

Przede wszystkim gigantycznego – podobno znajdującego się na 2 miejscu w świecie pod względem łącznej powierzchni jego pomieszczeń – Pałacu Republiki, obecnie siedziby parlamentu. Zbudowanego, aby zrealizować idee fix rozstrzelanego później komunistycznego dyktatora Nicolae Ceausescu, na wyburzonym sporym fragmencie miasta.

 

Równocześnie jednak z pewnym zaskoczeniem stwierdziłem, że informacje o skali związanych z tym zniszczeń zabytków i miasta okazały się grubo przesadzone. Nie zmieniła się, wręcz pod tym względem wzbogaciła, jego struktura: szerokich, po 2 – 3 pasma ruchu w każdą stronę przedzielonych pasami zieleni, alei i bulwarów.

 

Nawiasem mówiąc zatłoczonych nie gorzej niż ulice warszawskie nowoczesnymi samochodami, których w Bukareszcie jest, jak się tam mówi z niewielką tylko przesadą, „tyle samo co mieszkańców”. A tych jest już niemal 2,5 miliona. Są to arterie, o jakich nawet nie możemy marzyć w Warszawie, ale chyba bezkonkurencyjnych również dla wszystkich stolic europejskich.

 

Bo nawet Madryt, nie mówiąc już o Paryżu, Berlinie, Rzymie czy Wiedniu, ustępuje pod tym względem rumuńskiej stolicy. Wszystkie znane mi wcześniej w Bukareszcie znaczące budowle: Ateneum – Filharmonia, opera, teatry, a także zabytkowe - najstarsze pamiętają XIV – XV wiek – cerkwie i cerkiewki są nadal na swoim miejscu. W przypadku świątyń pieczołowicie ostatnio restaurowane.

 

Czego świetnymi przykładami może być Sobór Patriarchalny i inne obiekty tego kompleksu. Lub, obudowane tylko o wiele od nich wyższymi domami, zabytkowe cerkiewki przy bulwarach: Georgie Magheru czy Iona Brătianu, że ograniczę się do tych przykładów. Przybyło sporo nowoczesnych budowli, chociażby centrum finansowe Bucharest Financiel Plaza.

 

Czy wysoki, szklany gmach hotelu Novotel dobudowanego do zabytkowej fasady starszej budowli – oba przy Calea Victorei. A to tylko przykłady. Czymś niezwykłym okazały się Chłopskie Zamki. Unikatowe w Europie, gdyż zbudowane w celach obrony przed najazdami Tatarów, Turków i sąsiadów przez samych mieszkańców, lub przejęte przez nich po zakonach.

 

To – jak np. Răşnov, który zwiedzaliśmy, cała osada z ulicami, szkołą, studniami, magazynami itp. Usytuowana na szczycie niedostępnej góry, nad przepaściami, otoczona potężnymi obwarowaniami. W której, w przypadku zagrożenia, chronili się – dbając oczywiście wcześniej, aby twierdza była nie do zdobycia, mieszkańcy sąsiednich wsi: Răşnov, Cristian i Vulcan. Czy podobny, byliśmy tam również, Bran.

 

Analogiczny charakter miały tamtejsze średniowieczne kościoły obronne. Potężne, kamienne, otoczone solidnymi, grubymi i wysokimi murami, przy ówczesnej technice wojennej rzeczywiście nie do zdobycia. Do tych murów, po jej wewnętrznej stronie, jak gdyby przyklejono niezliczone pomieszczenia dla mieszkańców okolicznych wsi i miasteczek oraz ich dobytku.

 

Z kamiennymi korytarzami biegnącymi dookoła murów, wejściami po stromych drewnianych schodach. Byliśmy w takich w miejscowościach: Hărman i Prejmer, a tylko z zewnątrz – bo nie można było znaleźć nauczycielki dysponującej kluczem – także w Orăştie.

 

Jako ciekawostkę można przytoczyć, że pomieszczenia dla proboszcza czy wikarych były w nich – i są – przyklejone do kościelnej nawy od zewnątrz, jak jaskółcze gniazda, na wysokości piętra. A dostać się do nich można tylko po bardzo stromych i wąskich drewnianych schodach. Jakoś trudno mi było wyobrazić sobie korzystających z takich plebanii naszych współczesnych, przeważnie dobrze odkarmionych księży. Zwłaszcza „po kielichu”.

 

Na naszej trasie znalazły się również inne zamki i twierdze. Zarówno tak rozległe, jak cytadela w Alba Julia, czy Górne Miasto w Sigişoarze. Lub potężny, w trakcie rewaloryzacji przy pomocy środków zagranicznych, Zamek Hunyadiego na obrzeżu miasta Hunedoara. Do którego, pomimo remontu, udało nam się wejść na krótko na dziedziniec wewnętrzny, aby zobaczyć rezultaty pracy konserwatorów.

 

Byliśmy, lub przynajmniej widzieliśmy z pewnej odległości, bo ze względu na położenie na szczycie niedostępnej góry oraz konieczności pokonania w drodze na nią, na co nie było czasu, setek schodów i to tylko po to, aby zobaczyć, w przypadku głównej siedziby sławnego „wampira” Drakuli – Vlada Palovnika, tylko zachowane ruiny zamku Poienari, miejsca związane z nim rzeczywiście, lub tylko legendą.

 

Nie tylko dla mnie wielkim przeżyciem były wizyty w niezliczonych świątyniach trzech religii chrześcijańskich i możliwość obejrzenia znajdujących się w nich, lub także na ich murach zewnętrznych, stropach i ścianach arkad, dzieł sztuki sakralnej. Przebogatej w prawosławnych, zwłaszcza w Braszowie, Hârmanie, Prejmerze, Sigişoarze, Biertanie, Sybinie czy – leżącej już na terenie historycznej Wołoszczyzny, Curtea de Argeş.

 

A nawet w wiosce Râşinari, której XVIII – wieczna świątynia p.w. św. Paraschivy ( Praskiewii ), w przeszłości przez pewien czas katedra, pokryta jest z zewnątrz i wewnątrz freskami. Podobiznami świętych, władców, ale również niezwykłymi. Np. dwu świętych, z których jeden – w stroju rycerskim i z włócznią ma, jak niektórzy bogowie antycznego Egiptu, głowę zwierzęcia. W tej cerkwi znajduje się też, datowana XIII wiekiem, ikona Adama i Ewy w Raju.

 

Wiele wspaniałych dzieł sztuki zachowało się także w nielicznych kościołach katolickich oraz powszechnych w Siedmiogrodzie protestanckich. Warto podkreślić, że w wielu z nich, pomimo odrzucenia kultu świętych i Matki Boskiej, zachowano część zabytkowych ołtarzy i figur, np. Czterech Ewangelistów, z czasów, gdy były one katolickimi. A zamalowane w przeszłości białą farbą średniowieczne freski, w niektórych miejscach zachowane, zostały odsłonięte.

 

Nie wszędzie pozwolono nam fotografować, nawet bez flesza. Ale nawet i to co tylko zobaczyliśmy, było często oszałamiające. Przy okazji natrafialiśmy na poloniki i ciekawostki. Np. w kościele protestanckim, tzw. klasztornym, w Sigişoarze, wśród czterech herbów na ścianie drewnianych ław – herb Stefana Batorego. A w innym miejscu tej świątyni wspaniały dyptyk namalowany przez Jana Stwosza, syna sławnego Wita. Natomiast w katedrze katolickiej w Alba Julia – sarkofag Izabeli Jagiellonki.

 

Moc wrażeń dostarczyło nam oglądanie centrów starych miast, zwłaszcza we wspomnianej już kilkakrotnie Sigişoarze i Sybinie, z wysokich wież kościelnych i zegarowych, lub z murów miejskich. W naszym programie znalazły się też dwa skanseny budownictwa wiejskiego: w Bukareszcie oraz w Dumbravie Sibului .

 

I chociaż bardzo dobrych skansenów mamy w Polsce sporo, one też były godne uwagi. Rozmieszczone w parkach, nad zbiornikami wodnymi, posiadają pełny przegląd architektury wiejskiej. Zarówno drewnianej, jak i kamienno – murowanej. Domy mieszkalne, zabytkowe świątynie, młyny i różne warsztaty itp. W tym drugim również współczesne, ogromne rzeźby w drewnie.

 

Chociaż nie jestem pewien, mimo iż w pierwszym z nich spotkaliśmy rodaków, czy wzbudzą one większe zainteresowanie naszych turystów. Podobnie niektóre, nieliczne inne miejsca i obiekty, które zobaczyliśmy zgodnie z programem. Kanion Cheile Turzii w górach Apuseni okazał się ciekawy, wymagający pewnego wysiłku aby go pokonać, ale mało konkurencyjny w stosunku np. do naszych szlaków tatrzańskich, czy sudeckich.

 

Podobnie wjazd, trochę zdezelowaną kolejką linową, na wysokość ponad 2 tys. m. n.p.m. nad jeziora: Bălea i Vidraru. Zdecydowanie ciekawszy był wjazd nad nie mikrobusem bardzo krętą, wybudowaną przez więźniów politycznych komunizmu, Trasą Transforgarską. Tak przynajmniej twierdzili ci z uczestników, którzy ze względu na klaustrofobię lub lęk przestrzeni zdecydowali się na ten środek transportu.

 

A potem już wspólny zjazd na kółkach w dół, z Siedmiogrodu do Wołoszczyzny, bo w tym miejscu przebiega ich historyczna granica. W jeszcze większym stopniu, nie tylko mnie, rozczarowała kopalnia soli Turda. Dopiero niedawno udostępniona jako wielka atrakcja turystyczna i w niedzielne południe dosłownie oblegana przez spragnionych jej gości. Do czego gospodarze obiektu okazali się zupełnie nieprzygotowani.

 

Bilety sprzedawano, i wpuszczano chętnych „jak leci”, bez żadnej kontroli liczby gości. A przepustowość dosyć wąskich schodów i sztolni prowadzących w dół okazała się ograniczona. Zwłaszcza przy zdumiewająco bezsensownej organizacji ruchu: w obie strony równocześnie tymi samymi schodami, gdyż... innych brak. Z dwu wind wożących turystów kolejno z różnych poziomów, żadna nie dociera na powierzchnię ziemi! Obie zabierają zaledwie po kilka osób, a wejście i wyjście z nich jest tylko jedno.

 

Co w sytuacjach, w których uczestniczyliśmy, w gigantycznym tłoku i czekaniu do każdej z wind co najmniej  po kilkanaście minut – alternatywą, z której wiele osób korzystało z musu, było pokonywanie różnicy kilkunastu pięter po wąskich drewnianych schodach, też z równoczesnym ruchem w górę i w dół, przypominało horror! Aż skóra cierpła na myśl, co by się działo, gdyby trzeba było kogoś ewakuować awaryjnie. Jak taki obiekt mógł zostać dopuszczony do eksploatacji przez służby nadzoru technicznego?

 

Przy czym ta kopalnia, to tylko gigantyczne podziemne wyrobisko – ogromna komora o wysokości kilkunastu pięter i długości oraz szerokości po co najmniej kilkadziesiąt metrów. O pionowych ścianach, z paroma bocznymi komorami i korytarzykami w jednym miejscu. I czymś w rodzaju… wesołego miasteczka na dole. Z małym „diabelskim młynem”, łódkami, w których można popływać po niewielkim jeziorku, jakąś kawiarenką. Całość oświetlona jarzeniówkami.

 

A więc żadna konkurencja dla naszej Wieliczki czy Bochni lub austriackiego Salzkammergut. Tego rodzaju atrakcje stanowiły jednak wyjątki w naprawdę bardzo ciekawym i bogatym programie poznawania Rumunii. Chociaż i je warto było zobaczyć, aby mieć podstawy do wybrzydzania.

 

Poza interesującymi miastami i miasteczkami, zabytkami, muzeami, świątyniami itp. trochę też „liznęliśmy” rumuńskiej kuchni, poznaliśmy ciekawych ludzi, zobaczyliśmy fragmenty lokalnego życia. W sumie więc był to bardzo interesujący i pouczający wyjazd. A więcej o tym, co było w jego trakcie najciekawszego – wkrótce.

 

Zdjęcia autora.


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com