PODRÓŻE GLOBTROTERA: BORNE SULINOWO

Program wizyty dwudziestoosobowej ekipy dziennikarzy Globtrotera w Bornem Sulinowie, na zaproszenie Urzędu Miejskiego i gestorów branży turystycznej w dniach 31.03 - 03.04. obejmował dwa dni intensywnego zwiedzania.

 

Dzień pierwszy koncentrował się na tematyce miejsko-historycznej, drugiego zażywaliśmy aktywności, jakie ma do zaoferowania miasto i gmina, powstałe na naszych Ziemiach Odzyskanych – terenach po dawnym niemieckim, a potem radzieckim poligonie wojskowym. W miejscu, którego do 1992 roku nie było na mapach Polski.

 

 

– To miasto niepowtarzalne, ewenement w całym kraju – przedstawiała Borne Sulinowo pani burmistrz Renata Pietkiewicz-Chmyłkowska. – To jedyne miasto gdzie kościół jest w dawnym kinie – żartowała nawiązując do przebudowy bazy wojskowej w miejsce przyjazne życiu normalnych ludzi. – U nas widać chęć współdziałania i widać zmiany, choć ich tempo mogłoby być większe…

 

To prawda, zmiany widać: 98 procent zabudowań w Bornem Sulinowie ma już nowych właścicieli. Większość została wyremontowana i zrewitalizowana, sporo jednak straszy jeszcze ruiną. Proces zagospodarowywania miasta ciągle trwa. Jest przestronnie i nad wyraz… czysto. Pani burmistrz podziękowała za wsparcie i pomoc w budowaniu nowej rzeczywistości naszemu klubowemu koledze Michałowi Fajbusiewiczowi, honorowemu obywatelowi Bornego Sulinowa.

 

– Kiedy tu przyjechałem po raz pierwszy przez sześć godzin chodziłem po mieście i nie spotkałem nikogo – wspomina Dariusz Czerniawski twórca i opiekun izby pamięci w Bornem Sulinowie. Teraz jest to już miasto, chociaż nadużyciem byłoby powiedzieć, że tętniące życiem. Prawa miejskie przyznano Bornemu, gdy liczyło 400 mieszkańców. Dziś mieszka tu około 5 tys. osób.

 

Ci, którzy zameldowali się w pierwszej setce, z dumą podają swoje numery. Bo też Borne Sulinowo wraz z okolicą przyłączono do Polski faktycznie dopiero w 1992 roku, kiedy bazę opuścili ostatni, już nie radzieccy, a rosyjscy żołnierze. Ale mimo że minęło 18 lat, ich byłą obecność czuje się tu na każdym kroku. Powraca w opowieściach, w legendach o ukrytych w ziemi tajemnicach. Podobno nieprawdziwych.

 

Mieszkańcy Bornego Sulinowa bawią się swoją-nie swoją przeszłością (wszyscy, którzy tu mieszkają przybyli skądś wcale nie tak dawno temu), nawiązują do niej, przypominają, na niej w ogromnym stopniu starają się budować turystyczną atrakcyjność miejscowości. I jakoś im się to udaje. Borne Sulinowo wypełniło białą plamę na mapach dopiero po 1992 roku.

 

Ale i historia tego miejsca zaczyna się tylko kilkanaście lat przed utworzeniem przez Rosjan eksterytorialnej bazy wojskowej w środku Polski. W latach 30. ubiegłego wieku nieurodzajne i słabo zaludnione lasy na Pojezierzu Drawskim należały do Niemiec, choć były blisko granicy II Rzeczypospolitej. Na morenowych wzgórzach powstawał właśnie pas umocnień nazwany później Wałem Pomorskim.

 

Na jego zapleczu, na miejscu malutkich wsi Linde i Gross Born (od wysiedlonej wsi w środku poligonu pochodzi niemiecka nazwa tego miejsca) – ogromna baza wojskowa, całe militarne miasto. Zbudowane na surowym korzeniu, pomyślane, zaplanowane, wybudowane tylko w ciągu pięciu lat dla wojska, z gigantycznym poligonem na zapleczu.

 

Rozplanowane z niemiecką precyzją, funkcjonalnie zabudowane, było ośrodkiem, w którym szkoliły się wszystkie typy wojsk i siedzibą szkoły artylerii Wehrmachtu. Uroczyście otworzył je Adolf Hitler w sierpniu 1938 roku. Rok później 1 września 1939 r. o godz. 4:45, jednostki sformowanego w Gross Born XIX Korpusu gen. Guderiana ruszyły na Polskę.

 

Przygotowując się do wojny, którą nazwano potem II światową, Niemcy zbudowali obok ogromnych koszar obóz jeniecki Gross Born. Przetrzymywali tu żołnierzy polskich wziętych do niewoli w trakcie kampanii wrześniowej, potem Francuzów i jeńców radzieckich. Od 1942 roku – głównie polskich oficerów, a jesieni 1944 r. także powstańców z Warszawy.

 

Teren dawnego obozy zwiedzaliśmy pod opieką pana Tomasza Skowronka, leśnika i historyka, znawcy dziejów Bornego Sulinowa. Wiosną 1945 roku Armia Czerwona zajęła poniemieckie koszary wraz z poligonem i pozostała tu przez prawie pół wieku. Nazwę zmieniono na Borne Sulinowo (Борне-Сулиново), drugi człon pochodzi prawdopodobnie od wsi Silnowo, leżącej po "polskiej" stronie jeziora Pile.

 

Garnizon liczył ok. 25 tys. żołnierzy, około tysiąca czołgów, najprawdopodobniej były tu rakiety z głowicami atomowymi. Tak mówią. Sojusznicza armia miała do dyspozycji poligon o powierzchni 18 tys. ha. Wszystko za drutami, bez dostępu i bez kontroli ze strony władz PRL. Rosjanie wykorzystywali infrastrukturę pozostawioną przez Niemców.

 

W krajobrazie miasta pojawiły się jednak bloki z wielkiej płyty przywiezione w elementach z radzieckich fabryk (nazywane są Leningradami) i trochę brzydkich pawilonów, baraków, gigantyczne garaże. Najprostszym kluczem do odróżnienia architektury obu epok jest kształt dachu: strome zbudowali Niemcy, płaskie Rosjanie. Rosjanie pozostawili bazę podobno w dobrym stanie. Spustoszenia poczynili szabrownicy, jak to na Ziemiach Odzyskanych.

 

Polskie wojsko nie upilnowało (a pilnowało niespełna przez rok) powierzonego mu mienia. Mówią, że za flaszkę można było wejść i zabrać wszystko… Łatwo w to uwierzyć, gdy spogląda się na pobliskie Kłomino, przez które przejechaliśmy w drodze na wrzosowiska. Zbudowane w tym samym czasie i bardzo podobne miasteczko militarne – Westwalenhof - w czasach radzieckich Gorodok. Mieszka tu jedna czy dwie rodziny, a zabudowania są sukcesywnie rozbierane.

 

Przy „budynku kulturalno - oświatowym”, przed którym – jak za sowieckich czasów – na postumencie stoi czołg z II wojny, chociaż nie ten sam, bo swój Rosjanie zabrali ze sobą, podobnie jak pomnik Lenina, jest pamiątkowy kamień, na którym czytamy, że 5 czerwca 1993 roku decyzją Rady Ministrów otwarto miasto Borne Sulinowo.

 

Tego dnia, wicepremier RP, a był nim wtedy Henryk Goryszewski, zasadził obok lipę i powiedział: rośnij wraz z miastem. Obok rośnie druga, mniejsza lipa. Zasadziły ją dziesięć lat później dzieci urodzone już w Bornem Sulinowie. Zielona lipa na złotym tle jest dziś herbem Bornego Sulinowa. To w nawiązaniu do wsi Linde (Lipa), która od XVI wieku istniała w tym miejscu. Kilka budynków z początków XX wieku stoi jeszcze przy ulicy… Lipowej.

 

W Bornem Sulinowie nie ma mieszkańców z dziada-pradziada. Ostatnich wysiedlili Niemcy na początku lat 30. ubiegłego wieku przystępując do budowy militarnego miasteczka i poligonu. Potem przez 60 lat ludzie tu nie mieszkali – oni tu stacjonowali. Nawet jeśli, jak w czasach radzieckich, żyli tu z całymi rodzinami: z żonami, dziećmi. Mieli szkoły, przedszkola, sklepy… Mieli nawet swój cmentarz. Kiedy jednak kontrakt się skończył, wracali.

 

Wszyscy z około pięciu tysięcy mieszkańców Bornego Sulinowa przybyli tu nie wcześniej, niż napisano na kamieniu. Przybyli z różnych stron Polski: maja różne tradycje i obyczaje. Inaczej mówią, co innego gotują na niedzielny obiad, inaczej obchodzą święta. W przeszłości nie łączyło ich nic, teraz – obywatelstwo tego przedziwnego miasta.

 

Przyjeżdżali zewsząd: z Mazur, z Mazowsza, z Wielkopolski. Dużą grupę stanowią górnicy ze Śląska. Kiedy zamykano kopalnie, przeznaczyli odprawy na rozpoczęcie nowego życia w nowym miejscu. Podobno w Barbórkę można tu zobaczyć ludzi w czarnych mundurach z pióropuszem. Z Wrocławia przybył Dariusz Czerniawski, twórca i opiekun izby pamięci w Bornem Sulinowie.

 

Z górniczego Śląska pochodzi Barbara Bielicka, właścicielka Ośrodka Wypoczynkowo – Rehabilitacyjnego „ Revital”. Z podwarszawskiego Piaseczna przyjechał właściciel „Mariny”, jedynego pensjonatu w mieście zbudowanego od początku. Właścicielem restauracji „Sasza Caffe” jest Aleksander Piven, Ukrainiec z Zagłębia Donieckiego. Kiedyś był garnizonowym fotografem, służył w Bornem Sulinowie. A teraz ułożył sobie życie właśnie tu.

 

A jednak miasto żyje historią, garnizonową przeszłością, i na niej stara się budować „produkt turystyczny”. Eksponaty w izbie pamięci w „budynku kulturalno - oświatowym” nawiązują w większości do niemieckiego okresu w jego dziejach. Poradzieckich pamiątek znajdziemy więcej w prywatnym muzeum pana Andrzeja Michalaka. Zdjęcia autorstwa garnizonowego fotografa wypełniają sporą galerię w kawiarni u Saszy.

 

W mieście działa Stowarzyszenie Militarnej Historii Bornego Sulinowa oraz lokalna grupa ASG. Organizuje się zabawy w paintball, pole minowe, można postrzelać na strzelnicy. Przygrywa imprezom Lenin Band, a nawet ważne w mieście persony z upodobaniem przebierają się w niemieckie i rosyjskie mundury. Taki klimat. Gospodarze pozwolili nam popróbować wszystkich tych atrakcji.

 

Gdy w 1992 roku Rosjanie opuścili poligon, to okazało się, że znajdują się na nim piękne wrzosowiska, najrozleglejsze w Europie. Ale polskie wojsko nie wprowadziło na nie czołgów. Pustkowia przejęły lasy państwowe i… rozpoczęły zalesianie. Zalesiała też sama natura, bo natura nie lubi pustaci. Samosiejki na początku nieśmiało, potem coraz szybciej zaczęły pokrywać wrzosowiska. A wrzos nie lubi cienia.

 

Nie wiadomo jaki byłby los Kłomińskich Wrzosowisk (nazwa pochodzi od miejscowości Kłomino), gdyby w 2008 r. nie stworzono tu rezerwatu przyrody. – Rezerwat „Diabelskie Pustacie” zajmuje 936 hektarów – opowiadał Tomasz Skowronek, leśnik z Bornego Sulinowa. – Gdy przejmowaliśmy dawny poligon od Rosjan, mniej więcej połowa z 18 tys. hektarów była obszarem bezleśnym. Już w 1995 roku postulowaliśmy utworzenie rezerwatu, czekaliśmy na to 13 lat.

 

Tymczasem prawo nakazuje leśnikom sadzenie drzew na nieużytkach. Nie wywiązaliśmy się z tego obowiązku, by uratować wrzosowiska. Inaczej by ich już nie było – tłumaczy leśnik. Na pozostałych terenach Lasy Państwowe prowadzą zwykłą gospodarkę, nieużytki obsadzają lasem. W rezerwacie – wręcz przeciwnie: wycinane są samosiejki. Leśnicy współpracują tu z pszczelarzami.

 

Prawo do postawienia uli gdy kwitną wrzosy (a w sezonie stoi tu ich nawet 5 tysięcy), opłacają oni pracą przy wycinaniu niepotrzebnych brzóz i sosen-samosiejek. Tutejszy miód ma zastrzeżoną nazwę – to „miód drahimski”. A wrzosom brakuje już tylko jednego: by regularnie niszczyły je czołgi. Przyrodnicze atrakcje gminy nie kończą się jednak na wrzosowiskach.

 

Na jej terenie znajduje się 57 mniejszych i większych jezior (nad największym, jez. Pile, leży Borne Sulinowo), a elementem systemu umocnień hydrotechnicznych zbudowanej przez Niemców linii Wału Pomorskiego są obecne stawy Nadarzyckie. Doskonałe miejsce na spływy kajakowe i przejażdżki motorówką: mieliśmy okazję się o tym przekonać mimo nienajlepszej pogody.

 

Zdjęcia autorki.

 

 

 

 

 

Od redaktora.

 

Drobne problemy ze zdrowiem uniemożliwiły mi wyjazd z koleżankami i kolegami „globtroterowcami” do Bornego Sulinowa. Żałuję nie tylko dlatego, że był to bardzo ciekawy tam pobyt. Również straconej okazji zobaczenia, jak ono wygląda obecnie. Bo ja już tam byłem wówczas, gdy miejscowość ta formalnie nie istniała ! A było to tak.

 

W dniach 19 – 20 listopada 1969 roku w Wojewódzkiej Radzie Narodowej – ówczesnym Urzędzie Wojewódzkim – w Koszalinie odbywała się jakaś konferencja, na którą wysłała mnie agencja prasowa w której pracowałem. Podczas tej konferencji poznałem Pełnomocnika Rządu do spraw stacjonowania w Polsce Armii Radzieckiej, generała WP.

 

Jego nazwiska już nie pamiętam, gdyż w odróżnieniu od daty tego wyjazdu nie zachowało się w kalendarzu. Gdy dowiedział się, że pisuję również na tematy obronne, poinformował mnie, że po konferencji jedzie do radzieckiej bazy w Bornem Sulinowie – nazwę tę usłyszałem wówczas po raz pierwszy i zaproponował, abym pojechał z nim i napisał stamtąd reportaż.

 

Zgodziłem się chętnie, bo takich wyjazdów nie musiałem uzgadniać z kierownictwem redakcji i wiedząc, że tak atrakcyjny reportaż zostanie szybko opublikowany. Tym bardziej, że wcześniej byłem już – i napisałem relację, ze sztabu Północnej Grupy Wojsk Radzieckich w Legnicy. 21 listopada, pamiętam, że był to piękny słoneczny dzień, pojechaliśmy z Koszalina samochodem generała.

 

Strażnicy w bramie bazy byli trochę zaskoczeni, że obok polskiego generała i jego wojskowego kierowcy jest jeszcze jakiś cywil. Ale na generalskie: on so mnoj – on jest ze mną, tylko zasalutowali i samochód wpuścili. Podjechaliśmy pod budynek klubu garnizonowego – prawdopodobnie to on jest „budynkiem kulturalno–oświatowym” o którym pisze autorka.

 

Tam na prośbę generała, który poinformował mnie, że musi uzgodnić z dowództwem bazy sprawę mojej obecności oraz tematykę reportażu – zajął się mną jakiś, chyba lejtnant lub kapitan. Wypiliśmy czaj ( herbatę ) z ciasteczkami, przez pół godziny – może 40 minut, rozmawialiśmy o niczym, bo radziecki oficer całkowicie ignorował moje pytania na temat bazy.

 

Nagle wszedł bardzo zmieszany polski generał. – Niestety – powiedział, nie ma możliwości, aby pan dzisiaj uzyskał tu materiał do reportażu. Ponieważ wiem, że wraca pan do Warszawy, już zamówiłem bilet lotniczy ( Koszalin miał wówczas połączenie lotnicze z Warszawą ), mój kierowca odwiezie pana na lotnisko. Proszę także pamiętać, że nie może pan wymieniać nazwy miejscowości w której znajdujemy się ani w publikacjach, ani w rozmowach prywatnych.

 

Przypominam ten drobny epizod sprzed ponad 40 lat, gdyż wątpię, aby on był znany nie tylko w Bornem Sulinowie. Sądzę jednak, że jest ciekawym świadectwem z tamtej epoki. Informującym m.in. ile w tej bazie miał do powiedzenia oficjalny Pełnomocnik rządu PRL ds. stacjonowania w Polsce Armii Radzieckiej.

 

Cezary Rudziński


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com