Wąchock - Miasto śmiechu

Jest wielu ludzi, którzy nie wierzą, że istnieje naprawdę, a przecież przez kilka dni był nawet stolicą Polski!

 

To Wąchock. Położony jest na skraju Gór Świętokrzyskich tylko o „trzy rzuty beretem” od Starachowic i niewiele dalej od Skarżyska, w rozległej dolinie rzeki Kamiennej. Jej koryto jest ponoć tak wąskie, że gdy dwie ryby się mijają, to jedna musi na brzeg wyskakiwać. I uwaga z kąpielą! Wiry są bowiem w niej tak silne, że kiedy krowa chciała napić wody, to jej łeb ukręciło.

 

{mosgoogle}

Tutejszy sołtys, obiekt większości kawałów, miał ponoć bardzo cwanego kota. Gdy dostał kawę z mlekiem, to mleko wypijał a kawę zostawiał. Jego pies natomiast zabił się o własną budę, bo był przywiązany na sprężynie. W Wąchocku są też najszersze autobusy na świecie, bowiem wszyscy chcą siedzieć koło kierowcy. Na dodatek, te autobusy latają! Sam słyszałem jak jedna baba mówiła do drugiej, że właśnie „poleciał” autobus do Starachowic. Kierowcy natomiast muszą być bardzo ostrożni, bowiem zakręty są tu tak ostre, że mogą zobaczyć własne tablice rejestracyjne, a przy zjazdach uważać na furmanki bo miejscowe konie są tak sprytne, że kiedy wóz z górki jedzie, to na dyszlach siadają. Dodatkowym utrudnieniem jest to, że każdego wieczoru sołtys zwija dywanik asfaltowy z jezdni i do miasteczka wjechać nie można. Trzeba też uważać koło kościoła. Miejscowy proboszcz kazał bowiem wykopać dół, żeby się przekonać, jak głęboko zakorzeniona jest wiara. W pobliżu kościoła czyhają też inne niebezpieczeństwa. Od kiedy urwał się sznur, kościelny kamieniami w dzwon rzuca. Dlatego też w okolicy wszyscy chodzą w kaskach. Jest jeszcze druga przyczyna chronienia głów przez mieszkańców tego zacnego grodu. Otóż zaraz po wojnie bronujący pole rolnik wszedł na minę - chłop spadł, koń spadł, a brony jeszcze nie. Ostatni wąchocki sołtys Stanisław Grzelka miał poczucie humoru i podobnie jak jego poprzednik, Jan Danielski nie brał do siebie żartów i często niewybrednych kawałów, jakie o nim krążyły. Piszę w czasie przeszłym, bowiem ponad trzy lata temu Wąchockowi przywrócono prawa miejskie i władzę pełni ówczesny burmistrz Mieczysław Szczodry, był ponoć tak szybki, że zasiłki pogrzebowe wypłacał na trzy dni przed zgonem delikwenta...

Nie wiadomo zresztą dokładnie skąd wziął się zwyczaj ich opowiadania. Być może pomimo zubożenia po zabraniu praw miejskich, wąchocczanie nadal mieli się za kogoś lepszego, niż mieszkańcy okolicznych wiosek, a tego rodacy nie lubią. Zaczęto więc żartować sobie z wąchockich „grumbków” i tak już zostało.

Żarty żartami, a tymczasem Wąchock to jedna z najstarszych miejscowości w naszym kraju z XIII-wiecznym opactwem cystersów (zabytek klasy międzynarodowej) i muzeum, w którym prezentowane są zbiory „Skarbnika świętokrzyskiego”, ks. Walentego Ślusarczyka. Okolica zaś to wymarzone miejsce na weekendowy odpoczynek. Już przed dwoma tysiącami lat w Wąchocku wytapiano żelazo w dymarkach - prymitywnych piecach hutniczych. W połowie XI wieku stało tu książęce palatium z okazałym, jak na owe czasy, kościołem w kształcie rotundy. W sto lat później krakowski biskup Gedeon ufundował cysterskie opactwo, sprowadzając zakonników z klasztoru Morimond we Francji. Osiedlili się w bagnistej dolinie, wprowadzając nieznane dotychczas metody uprawy ziemi, sadzili warzywa i zioła, hodowali ryby. Zaprzęgli też do pracy płynącą obok rzekę, rozpoczęli eksploatację złóż miejscowego piaskowca i rud żelaza. Leżące na „ruskim” szlaku handlowym miasteczko (prawa miejskie dostało w 1454 r. od Kazimierza Jagiellończyka), bogaciło się na handlu końmi, wołami, solą, żelazem, i wyrobami z kamienia, a transakcje zawierano płacąc pieniędzmi zwanymi „grzywną wąchocką”. Warzono tu też piwo uważane za jedno z najlepszych w ówczesnym województwie sandomierskim. W mieście były cztery zajazdy, w których mogło stawać po 16 par koni, więc ludzie i zwierzęta mieli gdzie wypocząć, zjeść i ugasić pragnienie. Po kilku stuleciach rozkwitu i względnego spokoju, miasteczko i klasztor zostały w 1656 r. doszczętnie zniszczone przez wojska siedmiogrodzkiego księcia Rakoczego. Opactwo, do którego należało 40 wsi, 3 miasta i kilka hut, długo dźwigało się z upadku. Na początku XIX w. przy klasztorze była sławna szkoła, do której uczęszczało ponad stu uczniów. Tak było do likwidacji klasztoru przez Austriaków w 1819 r. W pierwszych dniach Powstania Styczniowego, jego pierwszy dyktator, Marian Langiewicz obrał sobie Wąchock za swoją siedzibę (do dziś zachował się biały dworek, w którym mieszkał). Dowodzeni przez niego powstańcy stacjonujący w okolicznych lasach, stoczyli w Wąchocku bitwę z wojskami rosyjskimi. Przez kilka dni na przełomie stycznia i lutego 1863 r. był Wąchock faktyczną stolicą kraju. Zapłacił za to wysoką cenę. Po stłumieniu powstania władze carskie pozbawiły go praw miejskich.

Podczas ostatniej wojny w okolicy Wąchocka była silna partyzantka. Na uroczysku Wykus w rozległym kompleksie leśnym na północ od miasteczka, w latach 1943-44 stacjonowali partyzanci ze Świętokrzyskich Zgrupowań Armii Krajowej, którzy stoczyli tu kilka bitew z Niemcami. Stąd na rynku Wąchocka stoi pomnik majora Jana Piwnika, ps. „Ponury”, legendarnego dowódcy oddziałów AK walczących podczas ostatniej wojny w pobliskich lasach. I tak jakoś wyszło, że rynek tego „miasta śmiechu” nosi nazwę „Ponurego"

 


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com