BEZDROŻA: ROWEREM Z ALASKI DO ZIEMI OGNISTEJ

„Piotr Strzeżysz od ponad dwudziestu lat realizuje dziecięce marzenie włóczenia się po świecie z rowerem. Odwiedził kilkadziesiąt krajów na pięciu kontynentach.” – przedstawia wydawnictwo autora nowej książki na jej tylnej okładce. Po tych podróżach napisał i wydał w Bezdrożach trzy książki: „Campa w sakwach, czyli rowerem na Dach Świata”, „Makaron w sakwach, czyli rowerem przez Andy i Kordyliery” oraz „Powidoki”. Tę ostatnią zrecenzowałem w 2014 roku i tekst ten jest nadal do przeczytania na naszych łamach. Za nią otrzymał dwie nagrody: Magellana i Bursztynowego Motyla dla najlepszej książki podróżniczej 2014 roku. Najnowsza, „Sen powrotu”, powstała po odbyciu kolejnej, dziesięciomiesięcznej podróży, także rowerem, z Alaski do Ziemi Ognistej w Patagonii. Niewielka objętościowo, zaledwie 142 stronicowa, a po odliczeniu kilkunastu niezadrukowanych stronic między 19 rozdziałami, Wstępem i Postscriptum, jeszcze skromniejsza pod tym względem, stanowi częściową kontynuację „Powidoków”. Opisywana podróż była bowiem już trzecią próbą autora przejechania przez obie Ameryki z Anchorage na Alasce do Ushuaia na południowym krańcu Patagonii. 

 

Pierwszą przerwał w Las Vegas. Drugą po wypadku w Fall City i złamaniu rzepki kolana oraz konieczności powrotu do kraju, poddania się operacji i kilkumiesięcznej rehabilitacji. „Za miesiąc – zapowiadał autor w Postscriptum w „Powidokach” – znów ruszam w drogę. Po co? Na dobrą sprawę – nie wiem. Za każdym razem, kiedy gdzieś się wybieram, zadaję sobie to samo pytanie. I często buduję różne odpowiedzi, które wcale nie muszą być prawdziwe, czy też wcale nie chcą same z siebie stać się prawdziwe. Może gdybym znalazł właściwą odpowiedź, przestałbym się włóczyć?”.

Ruszył więc, zrealizował swój cel, chociaż z zaskakującym finałem, o czym będzie na końcu. I napisał kolejną książkę. Najdziwniejszą podróżniczą (?), jaką kiedykolwiek przeczytałem. Znak zapytania postawiłem świadomie. W ciągu wielu dziesięcioleci życia poznałem już mnóstwo książek podróżniczych. Znakomitych lub przeciętnych, a nawet zdecydowanie słabych. Ale każda, nawet te uznane przeze mnie za najgorsze, w jakimś stopniu wzbogacały moją wiedzę o innych krajach, miejscach, żyjących w nich ludziach.

Lektura „Snu powrotu” nie dodała do niej, niestety, praktycznie niczego nowego. A byłem przecież w połowie krajów, które przejechał autor i niektóre poznałem zupełnie nieźle, jak na tylko turystyczne w nich pobyty. Zaczynając lekturę oczekiwałem, że dowiem się o nich, i innych, w których jeszcze nie byłem, czegoś dodatkowego. Tymczasem jedyne momenty, jakich opisy w „Śnie powrotu” zwróciły moją uwagę, to okradzenie autora w jakimś boliwijskim miasteczku. I błyskawiczne odzyskanie skradzionych przedmiotów przez miejscową policję dzięki pomocy przypadkowo poznanego, chyba ważnego człowieka.

Może jeszcze wigilia z polskim księdzem o. Jackiem w niewielkiej boliwijskiej miejscowości Challapata. I druga, tego samego dnia u albertynek, z polskimi wolontariuszkami. Które widząc, że gość jest blady, po przebytej chorobie, zaleciły mu natrzeć się moczem… kobiety. Bo jest to, zapewniały, skuteczne tylko w takim przypadku. Kobiety natomiast powinny w tym celu używać moczu mężczyzny. Ale proponujące taką kurację, odmówiły współudziału w niej. No i inna scena, zaklinania przez boliwijskich tubylców deszczu … pod krzyżem w katolickiej kaplicy.

Ewentualnie również opis spotkania w Argentynie ze stadem guanaco, dzikich przodków udomowionej lamy oraz egzotycznymi zwierzętami: pancernikiem włochatym i ptakami nandu. Strusiowatymi nielotami, których para stała przy drodze nad trupem trzeciego rozjechanego przed chwilą przez samochód. A przecież autor przejechał tysiące kilometrów przez USA, Kanadę, Meksyk, kilka krajów Ameryki środkowej oraz Kolumbię, Peru, Boliwię i Argentynę. W nich zaś dziesiątki miast, miasteczek i wsi. Spotkał na swojej drodze licznych ludzi.

Niektórych na chwilę, z innymi nawet zaprzyjaźnił się, otrzymywał bezinteresowną pomoc, zwłaszcza w okresie chorób, lub kłopotów finansowych. I o wielu z tych spotkań, także ze zwierzętami, zwłaszcza kotami i psami, sporo napisał. „Spotkania z drugim człowiekiem, nie mniej poruszające spotkania ze zwierzętami, wreszcie spotkanie z samym sobą i szukanie prawdy o świecie ukrytej między rzeczywistością jak najbardziej fizyczną, namacalną, a tą oniryczną, rozciągającą się gdzieś na pograniczu widzenia i śnienia” – anonsuje wydawca treść książki na jej tylnej okładce.

Opisanych scen i scenek, zarówno rzeczywistych jak i sennych fantasmagorii autora, jest w książce wiele. Niektóre są piękne, inne banalne, a bywa, że ocierają się, w moim odbiorze, o grafomanię. Chociaż być może jestem niesprawiedliwy, nadmiernie przywiązany do realizmu i faktografii. Zacytuję jednak, jako próbkę – fragment opisu pokoju w domu, w którym znalazł gościnę: „Około południa rozkokoszą się barwy – przekupki: ciepłe, głośne, soczyste, paradujące z rozmachem pośród zupełnie już zalanych słońcem ścian.”

Większość opisywanych spotkań z ludźmi czy miejscami, mogłaby wydarzyć się wszędzie i nigdzie. Autor wydaje się zresztą nie przywiązywać do tego większego znaczenia. Jakieś rozstawianie namiotu w przypadkowym miejscu (USA) i krótka, bez jakiegokolwiek znaczenia, rozmowa z właśnie poznanym, na krótko, Robem. Spotkanie z robotnikami przy drodze w deszczu i poczęstowanie przez nich podróżnika owocami mango. Posiłek w restauracji (Salwador) dla niezamożnych z nagabującymi konsumentów handlarzami różnym badziewiem po 1 dolarze, którego nikt nigdy nie kupuje.

Poznanie (Nikaragua) rzeźbiarza mebli zarabiającego, jak ma dobry miesiąc, równowartość 100 USD, ale płacącego czynsz za działkę, na której postawił dom, tylko 7 cordobas (około 1 złotego) rocznie. Czy znajomość z Tomem Egerem Arce, „ambasadorem nauki, zielarzem i uzdrowicielem”, który od chorego podróżnika usiłował wyłudzić 100 dolarów za „cudowną” nalewkę mającą go szybko wyleczyć. Podobne przykłady można mnożyć.

Czy inne, dotyczące noclegów. Rozbijanie namiotu w przypadkowych miejscach. Np. uzyskanie zgody na postawienie go (Salwador), gdy choroba (zapalenie zatok) rozwijała się, a brakowało już pieniędzy na hotel, na… dachu centrum handlowego w miasteczku. Co zresztą skończyło się konfliktem z policją. Zaproszenie do domu świeżo poznanego właściciela rodzinnej restauracji na bazarze w salwadorskim miasteczku. W praktyce oznaczało to prawo do rozbicia namiotu na podwórku, bo „nie mamy w domu odpowiednich warunków, aby cię przyjąć”.  

Czy najechanie w ciemności – autor jeździł bez świateł – na mężczyznę z maczetą. Zakończone zaproszeniem do rozbicia namiotu koło jego domu. Ale i trzytygodniowy pobyt w pustym domu na działce, gdy, jak napisał autor: „Nie miałem siły. Po prostu nie miałem już sił, zajechałem organizm. Musiałem odpocząć. Tydzień, dwa, miesiąc. Tyle ile będzie trzeba”, dzięki poznanemu Mario.

Lub nocleg w innym miejscu, w domu poznanej starszej kobiety, zakończony rano pozostawioną przez nią na stole kartką z informacją przy gotowym śniadaniu: tylko dobrze zamknij drzwi, a klucz zostaw pod dużą doniczką koło wejścia. I dziesiątki innych scenek. Spotkań, w wielu miejscach, z rudymi kotami, które poczuły wielką sympatię do podróżnika. Z taką wzajemnością, że (Ziemia Ognista) jadł z nimi wspólnie kocią karmę z puszek.

Podobnie z wychudzonymi, głodnymi psami w opuszczonym budynku, rozstawienie namiotu w ich budzie i ugotowanie makaronu zjedzonego wspólnie z nimi. Są też informacje o krótkich spotkaniach z innymi rowerzystami na trasie. Także takimi, którzy w drodze byli już trzy, a nawet więcej lat. A przy okazji rozważania o, dotyczącym chyba również autora, sensie podróżowania. Rodzącymi, przynajmniej u mnie, pytanie: czy to sposób na ciekawe życie, czy też tylko ucieczka przed normalnym?

Zdaniem autora „… podróż, w samej istocie, oferuje ogromne poczucie wewnętrznej niezależności i jednocześnie pozwala na mniejsze uwikłanie w najróżniejsze życiowe role.” I dalej: „Jej (podróży) największą zaletą jest to, że prolonguje trwanie. Daje czas. Ludzie w drodze mają go dla siebie. Mają go w nadmiarze. Na jechanie, na bycie sobą, na niespieszne przemijanie, bez zegarka, bez terminów, bez zobowiązań. Mają czas na wschody i zachody słońca, podglądanie gwiazd, patrzenie sobie w oczy, rozmowę, zajmowanie się tym, na co się ma danego dnia ochotę. A najwięcej czasu spędzają na robieniu przysłowiowego niczego…”.

Można, oczywiście, wybrać i taki sposób życia. Ja preferuję inny. Z licznymi, ale aktywnymi, nie tylko liczonymi w przebytych kilometrach, podróżami. Poznawczymi, wzbogacającymi o nowe fakty, odwiedzone zabytki i ciekawe miejsca, obejrzane piękne krajobrazy, widoki przyrody. A przede wszystkim o kontakty z nowymi ludźmi, poznawanie, nawet, jeżeli najczęściej jest to tylko powierzchowne, życia oraz obyczajów różnych narodów i społeczności, również ich kuchni. Dla mnie to stanowi sens podróżowania po kraju i świecie.

A także czytania o podróżach odbytych innych. Przykro mi, ale lektura „Snu powrotu” nie wzbogaciła mnie o nowe fakty czy opisy doznań. Nie wykluczam jednak, że innych może ona zachwycić, a nawet zainspirować do podróży, także zupełnie innych niż autora książki czy moje. Czytelnikom, którzy dotrwali w lekturze do tego miejsca recenzji, należny jestem jeszcze informację, jak swoją wielką trans amerykańską podróż rowerem zakończył autor. Oddaję mu głos:

„Od celu mojej podróży, położonego na krańcu Ziemi Ognistej miasteczka Ushuaia, dzieliło mnie nie więcej niż trzy dni drogi. I wtedy zawróciłem. Zatrzymałem się, odwróciłem rower i pojechałem w drugą stronę, do Punta Arensa, skąd z dwiema przesiadkami, w São Paulo i Londynie, wróciłem do Polski. Dlaczego? Dlaczego nie dojechałem do końca? Przecież po to wyjechałem. Chciałem przejechać obie Ameryki rowerem. Dotrzeć na przysłowiowy koniec świata. No przecież chyba po to było to wszystko? …

Po cóż inaczej miałbym w ogóle ruszać się z domu? Po cóż tyle dla tej podróży poświęcić? Tyle, że im bardziej zbliżałem się do celu, im wyraźniej widziałem siebie na końcu tej drogi, tym bardziej ten cel się rozmywał, a jego tak zwane osiągnięcie, ta złudna, chwilowa zbieżność podmiotu z przedmiotem pożądania, zaczęło wydawać mi się zupełnie nieistotne i na dobrą sprawę śmieszne. Jednocześnie wzbierało we mnie ogromne pragnienie przedłużenia tej drogi. Chciałem, żeby trwała, żeby niosła mnie dalej…”.

 

SEN POWROTU. Piotr Strzeżysz. Wydawnictwo Bezdroża, Grupa Helion, wyd. I, Gliwice 2016, str. 143. ISBN 978-83-283-1944-8


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com