GRUZIŃSKIE TOASTY, CZYLI LEKTURA NIEZWYKŁA

Podczas ostatniego spotkania „Globtrotera” nieoczekiwanie otrzymałem, podobnie jak jeszcze kilka osób, od młodego autora – Gruzina mieszkającego w Polsce, jego świeżo wydaną książkę o niecodziennej tematyce.

 

Poświęconej coraz bardziej zapominanej na świecie sztuce biesiady: gruzińskim toastom. Kuchnia, narodowe, regionalne, a nierzadko i rodzinne potrawy, dania i przysmaki, stanowią – o czym doskonale wiedzą zwłaszcza ci, którzy sporo podróżują po świecie – ważny składnik kultury.

 

Podobnie jak ogromną w niej, zanikającą w pędzącym, współczesnym świecie rolę odgrywały niegdyś uczty, przyjęcia, biesiady.

 

 

Z muzyką – zwłaszcza na dworach królewskich, książęcych i magnackich, uczonymi dysputami – że przypomnę słynne Obiady Czwartkowe u naszego ostatniego króla, Stanisława Augusta Poniatowskiego, mądrymi mowami i toastami. Chociaż nierzadko również z obżarstwem i opilstwem. I to niezależnie od regionu świata. W dziejach i kulturze Gruzji biesiadowanie zajmuje ciągle jeszcze miejsce szczególne. Zaś tamada – wybierany mistrz ceremonii – gospodarz stołu, cieszy się, o ile dobrze wykonuje swoją role, ogromnym szacunkiem i autorytetem.

 

W trakcie lektury tej książki przypomniały mi się pierwsze spotkania z Gruzinami i ich obyczajami biesiadnymi. Niemal pół wieku temu, jako świeżo upieczony „kierownik wycieczek zagranicznych” – tak nazywali się wówczas piloci turystyczni, a uprawnienia nadawał im Główny Komitet Kultury Fizycznej i Turystyki po skończeniu rocznego zaocznego Studium Ekonomiczno–Organizacyjnego i zdaniu kilku egzaminów, w tym państwowego z dwu języków obcych – zanim mogłem wyruszyć z grupami na światowe szlaki, najpierw, tak jak wszyscy, musiałem nabyć doświadczenia w turystyce przyjazdowej pilotując grupy cudzoziemców po Polsce.

 

Pewnego razu odebrałem autokarową grupę radziecką – jej uczestnicy przylecieli do Brześcia samolotami – na przejściu granicznym w Terespolu i poprzez Warszawę, Kraków z Wieliczką i Oświęcimiem oraz Wrocław przewiozłem i pożegnałem po, chyba 8 dniach, w Kudowie, gdyż w drugiej części wycieczki mieli zwiedzanie Pragi. Połowę tej grupy stanowili Mordwini i Rosjanie mieszkający w tej republice. W większości technicy i urzędnicy, bardzo zdyscyplinowani i… dosyć ponurzy. Znacznie później dowiedziałem się, że stolica tej autonomicznej republiki - Saransk, była jednym z centrów europejskiego systemu Gułagu.

 

Natomiast w części gruzińskiej była głównie inteligencjam i to, jak mówią na wschodzie, „nasledstwiennaja” – dziedziczna. O wysokiej kulturze, wiedzy, ale i kaukaskim temperamencie. Na turystach – wszyscy byli po raz pierwszy w życiu zagranicą – Polska zrobiła ogromne wrażenie, a kościół Mariacki, Wawel, Wieliczka i rynek wrocławski wręcz oszołomiły ich.

 

I chociaż wszystkich traktowałem jednakowo, to z częścią Gruzinów szybko zaprzyjaźniłem się. Gdy dowiedzieli się, że za miesiąc wybieram się na urlop do Soczi, to usłyszałem: jeżeli nie przylecisz do nas do Tbilisi, to nie chcemy cię więcej znać. To tylko 40 minut lotu. Czekamy na telegram, kiedy mamy wyjechać na lotnisko.

 

Po przyjeździe do Soczi kupiłem więc bilet lotniczy – nabywało się je wówczas tak samo jak autobusowe, bez okazywania jakichkolwiek dokumentów i zaczęła się moja najbardziej zwariowana, a miałem ich tam sporo, przygoda w Kraju Rad. Po pierwsze leciałem nielegalnie, nie wiedząc zresztą o tym.

 

Każdy cudzoziemiec musiał bowiem posiadać zgodę osławionego OWIR-u – Oddziału ( KGB ) ds. wiz i rejestracji cudzoziemców. A ja nie miałem nawet jakiegokolwiek dowodu legalnego wjazdu do ZSRR. Grupa, w której podróżowałem, przekroczyła bowiem granicę na podstawie zbiorowej listy uczestników i polskich dowodów osobistych.

 

Podróż zaczęła się fatalnie. Najpierw okazało się, że tego dnia nie ma już możliwości dostania się śmigłowcem na odległe o 60 km krętej, górskiej drogi, lotnisko w Adlerze. Pomógł Gruzin – kierowca autobusu Aerofłotu, który usłyszawszy, że Polak leci do przyjaciół Gruzinów, odjechał 10 minut przed czasem i cały czas pędząc na złamanie karku ścinał zakręty na dwu prawych lub lewych kołach. Przeżyliśmy, zdążyłem.

 

Start odbył się normalnie, ale wkrótce rozpętała się – to na Kaukazie nic nadzwyczajnego – niezapowiedziana, niesamowita burza. „Latającą krową” – IŁ-em 18 rzucało w dziury powietrzne po 200-300 metrów w dół i w górę. W pewnym momencie pilot uprzedził: Tbilisi nie przyjmuje, Erewań nie przyjmuje, Baku nie przyjmuje, być może polecimy prosto do ( docelowego punktu rejsu ) Ałma – Aty. No to, przemknęło mi przez myśl, wrócę do Polski, jak dobrze pójdzie, za parę lat przez Kołymę lub Workutę.

 

Pilot dostrzegł jednak dziurę w chmurach i ze sporym opóźnieniem wylądował w Tbilisi. A moi przyjaciele pokazali co to znaczy gruzińska gościnność. Najpierw krótki wypoczynek w domu Tengiza – ordynatora jednego ze szpitali i jego żony Mediko – pediatry. I „Serce Gruzji” – najsmaczniejsza część arbuza do setki starego koniaku.

 

Później, zgodnie z tradycją, kolacja w wytwornej wówczas restauracji na szczycie góry Mtacminda, z fantastycznymi widokami na nocne miasto. Na wejście gościa do lokalu – Polonez Ogińskiego. Po tym powitaniu kilkugodzinna uczta na 12 osób – oprócz znanych mi z Polski, także przyjaciół gospodarzy. Z ustawianymi na stole w kilka „pięter” półmiskami z przekąskami i daniami, winami i koniakami.

 

I, oczywiście, tamadą – Tengizem. Który opowiadał o urokach Polski, naszej przyjaźni, zwyczajach, po czym wznosił toast, zaczynając od zdrowia „drogiego gościa” – czyli mnie. A ja z rogiem zamiast kieliszka w ręku, żebym nie udawał picia, odpowiadałem na te przemówienia tamady oraz pozostałych biesiadników i biesiadnic. Zrozumiałem wówczas, co to znaczy gruzińska sztuka wygłaszania toastów.

 

Około północy był jeszcze wypad samochodem pod oświetloną świątynię Dżwari koło Mcchety i krótki sen, bo rano trzeba było uwolnić się od uciążliwości „kaukaskiej szkoły picia” - Tengiz musiał jechać do pracy - przy talerzu zupy chaszi z setką koniaku, w jakiejś słynnej z tego przydrożnej karczmie na przedmieściach. Intensywny dzień zwiedzania ze zmieniającymi się nowymi przyjaciłómi, a później kolacja u gospodarzy w trochę innym składzie - także menu, ale również z tamadą i toastami.

 

A na trzeci dzień niebywałe wyróżnienie: obiad u sędziwych już rodziców Tengiza, którzy znali mnie tylko z opowiadań. W gronie ich dzieci i najbliższych przyjaciół. W mieszkaniu pełnym antyków, dzieł sztuki, z posiłkami i napojami na porcelanie, w kryształach, srebrnej zastawie. Wieczorem zaś premiera w operze – „Daisi” Paliaszwilego, taka gruzińska „Halka”. Z biletami odstąpionymi przez wiceministra kultury, „bo przecież gość z Polski, i to jeszcze dziennikarz, musi to zobaczyć”.

 

Około północy pożegnanie na dworcu kolejowym, bo moi przyjaciele zdecydowali, że nie będę wracać samolotem, zwlaszcza w stanie "mocno wskazującym" na kontakt z gruzińskimi alkoholami. Przyszli mnie odprowadzić niemal wszyscy "starzy" i nowi znajomi, w sumie kilkanaście osób. Każdy z jakimś upominkiem: czarną lub polewaną ceramiką - stoi nadal u mnie w mieszkaniu na honorowym miejscu, czapeczką pasterza, laleczkami, slodyczami. Przedział I klasy na wyłączność, kosz i z winami oraz koniakami dla przyjaciół w Soczi. Odjazd i przespanych chyba 15 godzin podróży.

 

Rozpisałem się, ale takie momenty na zawsze zostają w pamięci. Więcej mówią o kraju i ludziach niż uczone traktaty. A jak się już pozna – i zaprzyjaźni z Gruzinami oraz pozna ich kulturę i obyczaje, to jest się naprawdę dla nich drogim gościem. Fragmentowi, ale ważnemu, tych obyczajów, poświęcona jest właśnie omawiana książka.

 

„Wierzę, że u zarania dziejów – napisał we wstępie do niej autor – każdemu z narodów świata Bóg oddał na przechowanie jedno ziarenko z wielkiego spichlerza prastarej tradycji. Ziarenko, które przypadło Gruzinom, kolejne pokolenia hołubiły i przekazywały swoim następcom, tak że pomimo wszystkich światowych burz szczęśliwie przetrwało to do naszych czasów. Ziarnem tym jest tradycja biesiadna – kultura wina i słowa.

 

 Boskie początki tej tradycji pozostawiły w niej trwale ślady: sakralny aspekt biesiady, dominujący nad jej wymiarem doczesnym, oraz podobieństwo przebiegu uczty do porządku nabożeństwa. Na początku biesiady zgromadzeni z kielichami wina w dłoniach odmawiają modlitwę „Ojcze nasz”, po czym dokonują wyboru tamady – mistrza ceremonii, który do końca spotkania będzie dbał o dobry nastrój ucztujących i strzegł uświęconej tradycją kolejności wznoszenia toastów”.

 

A jaka jest treść – i nierzadko klasa literacka tych toastów – o tym można przeczytać w tej książce. Od razu podkreślę, że nie są to toasty w naszym znaczeniu tego słowa, lecz opowiastki i anegdoty, wygłaszanie których niekiedy musi trwać kilka minut. Czyta się je doskonale, a słucha – znam to przecież z autopsji – z ogromnym zainteresowaniem, czekając na możliwość wypicia po kończącym całość toaście kolejnego łyku wina.

 

Ich tematyka jest różnorodna. Można usłyszeć – od czego autor rozpoczyna – znaną opowieść o tym, jak Bóg dzielił świat między narody, a Gruzini w tym czasie śpiewali. I chociaż wszystko zostało już rozdzielone, to otrzymali jednak najwyższe góry Europy, najpiękniejsze morze, pustynie, piękne lasy, kwitnące ogrody i obwicie owocujące winnice. I dlatego po przypomnieniu tej opowieści wznoszony jest toast za Gruzję i wszystkie kraje świata. Inna opowieść przypomina rozdawanie alfabetów i języków.

 

Są toasty za nowożeńców, bezgraniczną nadzieję, dobre intencje, odważną wiarę, „ludzi takich, jakimi są i niczego nie udają”. Za uczciwe życie – kończący opowiastkę o cwanym złodzieju. O tym, aby każdy znał swoje miejsce, z zakończeniem: aby świnie nie latały, a do orłów nie strzelano. Za dobre uczynki, rodzinne gniazdo i zgodę między krewnymi. „Za mamy własne i wszystkie stąpające po ziemi”. Za rodziców, a zwłaszcza ojców. Uczciwą pracę, męski honor, kobiety, prawdziwych mężczyzn, przyjaciół – w kilku wariantach. Za ślepą i szaloną miłość oraz za piękną śmierć. I wiele innych.

 

Autor przedstawia też nazwy i symbole kolejnych rocznic ślubu. Dosyć podobne do naszych, ale z listą przedmiotów, które ofiarowuje się przy właściwych okazjach. Tak np. na 1. rocznicę ślubu – „jedwabną” – chustki z tej tkaniny. Na 3-5 – „drewnianą” – pudełka, szkatułki i kufry. 15. – „porcelanową – wytworne naczynia ceramiczne. 35. – „rubinową” , oczywiście precjoza ozdobione tymi kamieniami. Podobnie jak na 60. – „brylantową” – mąż ofiarowuje żonie brylantowy pierścień. Na 70. – „wdzięczną” – gratulacje w wykwintnej formie. Zaś na 80. – nie mającą już bez nazwy – zaprasza się, o ile to możliwe, gości, którzy byli obecni na ślubie 80 lat wcześniej. I jak tu nie kochać Gruzinów?

 

A na okazję ślubu jest cała seria toastów: za młodych, świadków, rodzeństwo, rodziców chrzestnych, babcie i dziadków, przyjaciół młodej pary, przodków itp. Dodam, że dotychczas omówione w wyborze toasty dotyczyły wyłącznie wina. Bo przy piciu wódki i innych mocnych trunków obowiązują odmienne, które autor też przytacza.

 

Książka ilustrowana jest rysunkami Anny Mielczarek – Kulak: zabytków i ciekawych miejsc w Gruzji – od razu stanęło mi w oczach Tbilisi, skalne miasta, klasztory czy piwnice pełne beczek i amfor z winem oraz piece piekarnicze – a także scenek rodzajowych. W sumie więc jest to książka bardzo ciekawa, a więcej o niej można przeczytać na: www.toastygruzinskie.pl,. Wydana starannie, przy wsparciu importera wybornych win gruzińskich „Marani” – www.marani.com.pl .

 

TOASTY GRUZIŃSKIE. Zapomniana sztuka światowej biesiady. Giorgi Maglakelidze, wydawnictwo Maglakelidze Kulak, 2010, str. 88.


Stowarzyszenie Dziennikarzy Podróżników GLOBTROTER

Booking.com